Na pewno każdy z nas zna lub pamięta kogoś, kto jest lub był, jak to ujął mój znajomy, “czerstwy”. Czy był to ojciec, nauczyciel matematyki, czy może nawet “pan od polskiego”, czy pamiętamy go z domu rodzinnego, z podstawówki czy może z liceum (zapewne niektórzy z nas zetknęli się z takim człowiekiem dopiero na studiach), wszystko jedno. Otóż wydaje mi się, że to zjawisko, charakterystyczne dla polskiej kultury katolickiej, jest obecnie w odwrocie. Nie ma już dziś takich ludzi (na pewno nie ma ich w Madrycie, Berlinie czy Londynie).
Piszę tu ludziach honorowych, obowiązkowych, wymagających od siebie i innych, nie mówiących od rzeczy, nie rechoczących głupkowato, nie opowiadających sprośnych dowcipów czy nie rzucających “mięsem”, nawet w gronie najbliższych. Boleśnie przekonuję się o tym prowadząc blog na Salonie24. Oczywiście, wiele wylano łez w tym temacie i nie zamierzam dolewać następnych (powstała nawet specjalna kategoria opisująca ludzi wybitnie nie mieszczących się w normie, kategoria “trolli”).
Powszechne przekonanie, które datuje się zapewne od czasu wystąpienia ze swoją “filozofią” Jeremiasza Benthama, że dobre jest to, co przyjemne, kodyfikowane przez kolejnych autorów, na Johnie Rawlsie skończywszy, zaciekle ruguje ludzi "czerstwych" nie tylko z widnokręgu, ale także z wyobraźni. Obecnie językiem dominującym jest, jak wspomniał niedawno prof. Legutko, język ciała (język unikania przykrości i dążenia do przyjemności). Pojęcia opisujące wielkość człowieka (np. pojęcie thymos, gniewliwej części duszy) stopniowo odchodzą do lamusa.
To poczciwe mniemanie (lepiej się nie przemęczać, bo się człowiek zmęczy), wyznawane przez tylu poczciwych ludzi, starszych i młodszych, tak bardzo by mnie może nie trapiło, gdyby nie fakt, iż jest to przekonanie głęboko dehumanizujące. Moje doświadczenie prowadzącego ćwiczenia dla studentów jest dokładnie odwrotne od tego, co sugeruje owa maksyma. Rzadko kiedy coś przychodzi bez trudu, rzadko kiedy coś wartościowego jest dokładnie tym, po co najłatwiej sięgnąć.
Wspomniana mało kontrowersyjna wizja świata, że ludzie porządni to ludzie mili (czytaj: nie wchodzący w drogę) a ludzie niemili, to ludzie zasadniczo źli i sfrustrowani, negatywnie nastawia oprócz do rzeczywistych tyranów i prostaków, także do ludzi wymagających, ludzi poważnych, ludzi, od których możemy się czegoś nauczyć. Koniec końców, filozofia ta prowadzi do słynnej konstatacji Benthama, iż “gry towarzyskie są równie dobre, co poezja”, czyli mówiąc mniej filozoficznie a bardziej wyraziście, do rynsztoka.
Podsumowując, w życiu jest dokładnie odwrotnie niż głosi mądrość przeciętnego, znudzonego Kowalskiego, spacerującego po mieście z lodem w ręku. Panująca nam dziś niemiłościwie kultura relaksu odsunęła od nas jedyną rzecz naprawdę ważną – człowieczeństwo. Jeśli uda się ją przewartościować, wróci także szacunek dla ludzi “czerstwych”.
Marek Przychodzeń
PS: Jest to także pochwała dla pewnego księdza, którego dzisiaj poznałem.
piątek, 2 maja 2008
środa, 30 kwietnia 2008
TRENING TOŻSAMOŚCI
Autor:
Marek Przychodzeń
Dziś trafiło do mnie zaproszenie następującej treści:
Towarzystwo Doktorantów pewnego uniwersytetu ma przyjemność zaprosić Doktorantki i Doktorantów do udziału w warsztatach z zakresu społecznej i kulturowej tożsamości płci (gender) i przeciwdziałania dyskryminacji ze względu na płeć.
Prowadzić spotkanie będą Panie Monika Serkowska i Agata Teutsch, trenerki Fundacji Autonomia.
Niby nic nadzwyczajnego a jednak. Doktoranci, jak by nie patrzeć, instytucji naukowej, będą, jak czytam w ogłoszeniu, ZASTANAWIAĆ się nad własnymi wyobrażeniami i przekonaniami na temat kobiet i mężczyzn, kobiecości i męskości, DOWIADYWAĆ SIĘ czym jest kategoria gender, ZDBYWAĆ PODSTAWOWE INFORMACJE na temat uprzedzeń, stereotypów, obszarów dyskryminacji ze względu na płeć i skali tego zjawiska, tworzenia bardziej różnorodnego i równego społeczeństwa.
Napisałem zastanawiać się, dowiadywać i zdobywać ? Pomyłka, będą TRENOWANI, ponieważ obie Panie nie posiadają ŻADNYCH kwalifikacji naukowych (jak dowiaduję się z ulotki, jedynie jedna z Pań ukończyła Stosunki Międzynarodowe na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW), posiadają natomiast nieco tajemniczy status “trenerek” i całkiem ciekawą przeszłość. Pani Teutsch jest na przykład znaną aktywistką feministyczną, organizatorką np. poznańskiego MARSZU RÓWNOŚCI w 2005 roku, autorką m. in. takiej oto wypowiedzi:
“Jestem zwolenniczką akcji ulicznych. Dlatego dla mnie najważniejsze były: Happening zorganizowany przez Nieformalną Grupę Feministyczna ad hoc pod hasłem "Ślub lesbijek", który choć odbył się w maleńkiej wiosce pod Suwałkami, to odbił się szerokim echem w całym kraju” (http://kobiety-kobietom.com/2005/art.php?art=3120)
Wspomniane Panie prowadziły też wspólnie inne szkolenia, o wdzięcznie brzmiącym tytule Lesbian empowerment (grudzień 2004). Składała się na nie seria weekendowych warsztatów. Tu jednak dobór tematów był nieco inny, niż te serwowane doktorantom. Jak czytam na stronie internetowej:
"Homofobia i przeciwdziałanie dyskryminacji, Trudne związki feminizmu z lesbianizmem; Być lesbijką – literatura, kultura, sztuka." http://kobiety-kobietom.com/queer/art.php?art=1725 .
Podobno w projekcie "wzięło udział kilkanaście odważnych i silnych kobiet". Wierzę na słowo. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że nie było to żadne naukowe szkolenie z zakresu dyskryminacji, lecz tzw. "warsztaty zmiany świadomości".
Dlaczego Towarzystwo Doktorantów szacownej uczelni wyższej zadecydowało, że doktorantom potrzebne są tego rodzaju warsztaty, co wyżej opisane? Uczelnie wyższe były jak dotąd miejscem zgłębiania natury ludzkiej i wszechświata, dlaczego stały się polem politycznej agitacji i manipulacji? Jak inaczej można bowiem scharakteryzować kryteria doboru “trenerek” młodzieży? Dlaczego wybrano te a nie inne? Zdaje się, że nie kierowano się kryteriami naukowymi, skoro takich brak. Na uczelni można badać zjawisko płci i dyskryminacji (tym. zajmuje się m. in. socjologia), ale czy należy z tymi zjawiskami WALCZYĆ i to przy pomocy FEMINISTYCZNYCH i LESBIJSKICH AKTYWISTEK?
Już dziś trudno o porządną młodzież, boję się myśleć, co będzie po takim “treningu”.
Marek Przychodzeń
PS: Dziękuję za pomoc przy pisaniu tego postu Pani Małgosi i Panu Krzysiowi.
Towarzystwo Doktorantów pewnego uniwersytetu ma przyjemność zaprosić Doktorantki i Doktorantów do udziału w warsztatach z zakresu społecznej i kulturowej tożsamości płci (gender) i przeciwdziałania dyskryminacji ze względu na płeć.
Prowadzić spotkanie będą Panie Monika Serkowska i Agata Teutsch, trenerki Fundacji Autonomia.
Niby nic nadzwyczajnego a jednak. Doktoranci, jak by nie patrzeć, instytucji naukowej, będą, jak czytam w ogłoszeniu, ZASTANAWIAĆ się nad własnymi wyobrażeniami i przekonaniami na temat kobiet i mężczyzn, kobiecości i męskości, DOWIADYWAĆ SIĘ czym jest kategoria gender, ZDBYWAĆ PODSTAWOWE INFORMACJE na temat uprzedzeń, stereotypów, obszarów dyskryminacji ze względu na płeć i skali tego zjawiska, tworzenia bardziej różnorodnego i równego społeczeństwa.
Napisałem zastanawiać się, dowiadywać i zdobywać ? Pomyłka, będą TRENOWANI, ponieważ obie Panie nie posiadają ŻADNYCH kwalifikacji naukowych (jak dowiaduję się z ulotki, jedynie jedna z Pań ukończyła Stosunki Międzynarodowe na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW), posiadają natomiast nieco tajemniczy status “trenerek” i całkiem ciekawą przeszłość. Pani Teutsch jest na przykład znaną aktywistką feministyczną, organizatorką np. poznańskiego MARSZU RÓWNOŚCI w 2005 roku, autorką m. in. takiej oto wypowiedzi:
“Jestem zwolenniczką akcji ulicznych. Dlatego dla mnie najważniejsze były: Happening zorganizowany przez Nieformalną Grupę Feministyczna ad hoc pod hasłem "Ślub lesbijek", który choć odbył się w maleńkiej wiosce pod Suwałkami, to odbił się szerokim echem w całym kraju” (http://kobiety-kobietom.com/2005/art.php?art=3120)
Wspomniane Panie prowadziły też wspólnie inne szkolenia, o wdzięcznie brzmiącym tytule Lesbian empowerment (grudzień 2004). Składała się na nie seria weekendowych warsztatów. Tu jednak dobór tematów był nieco inny, niż te serwowane doktorantom. Jak czytam na stronie internetowej:
"Homofobia i przeciwdziałanie dyskryminacji, Trudne związki feminizmu z lesbianizmem; Być lesbijką – literatura, kultura, sztuka." http://kobiety-kobietom.com/queer/art.php?art=1725 .
Podobno w projekcie "wzięło udział kilkanaście odważnych i silnych kobiet". Wierzę na słowo. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że nie było to żadne naukowe szkolenie z zakresu dyskryminacji, lecz tzw. "warsztaty zmiany świadomości".
Dlaczego Towarzystwo Doktorantów szacownej uczelni wyższej zadecydowało, że doktorantom potrzebne są tego rodzaju warsztaty, co wyżej opisane? Uczelnie wyższe były jak dotąd miejscem zgłębiania natury ludzkiej i wszechświata, dlaczego stały się polem politycznej agitacji i manipulacji? Jak inaczej można bowiem scharakteryzować kryteria doboru “trenerek” młodzieży? Dlaczego wybrano te a nie inne? Zdaje się, że nie kierowano się kryteriami naukowymi, skoro takich brak. Na uczelni można badać zjawisko płci i dyskryminacji (tym. zajmuje się m. in. socjologia), ale czy należy z tymi zjawiskami WALCZYĆ i to przy pomocy FEMINISTYCZNYCH i LESBIJSKICH AKTYWISTEK?
Już dziś trudno o porządną młodzież, boję się myśleć, co będzie po takim “treningu”.
Marek Przychodzeń
PS: Dziękuję za pomoc przy pisaniu tego postu Pani Małgosi i Panu Krzysiowi.
czwartek, 24 kwietnia 2008
Rządzić powinni filozofowie
Autor:
Marek Przychodzeń
Ciekawi mnie, co sądzicie o powyższym postulacie? Jakiś czas temu Pan Arystoteles zauważył, iż demokracja to taki ustrój w którym „masa jest panem”, a kiedy owa masa zaczyna ulegać niskim instynktom co objawia się głównie łamaniem wcześniej ustalonych praw, demokracji grozi przeobrażenie się w nieograniczone władanie ludu, tyranicznej ”jednostki zbiorowej”. Z drugiej strony w oczy zaglądać powinien nam strach przed „rządami bogatych”, albowiem „tam, gdzie jedni bardzo wiele posiadają, a drudzy nic, przychodzi do władzy w następstwie obu tych skrajności albo skrajna demokracja, albo najczystsza oligarchia albo i tyrania”.
Koniec końców najtrudniej o ludzi porządnych, tj cnotliwych. Jak sądzi Pan Arystoteles „szlachectwo bowiem i cnota jest udziałem niewielu [...] Bo ludzi szlachetnego rodu i cnotliwych nigdzie i setki nie ma, a bogatych [jak i ubogich] wielu wszędzie bywa”. Ci ostatni słusznie zaś roszczą sobie prawo do pierwszeństwa w państwie, czyli wspólnocie politycznej, ponieważ są cnotliwi, a więc też sprawiedliwi, a „sprawiedliwość jest podstawową cnotą życia społecznego”.
Dziś najczęściej zwraca się uwagę na zachowania skandaliczne, np. na posła Palikota wymachującego sztucznym członkiem, albo w ogóle nie szuka się wśród tłumu polityków ludzi porządnych, zgodnie z liberalnym dictum Roberta Nozicka:
„Wittgenstein, Elizabeth Taylor, Bertrand Russell, Thomas Merton, Yogi Berra, Allen Ginsburg, Harry Wolfson, Thoreau, Casey Stengel, rabin lubartowski, Picasso, Mojżesz, Einstein, Hugh Heffner, Sokrates, Henry Ford, Lenny Bruce, Baba Ram Dass, Gandhi, sir Edmund Hillary, Raymond Lubitz, Budda, Frank Sinatra, Kolumb, Freud, Norman Mailer, Ayn Rand, baron Rothschild, Ted Williams, Thomas Edison, H.L. Mecken, Thomas Jefferson, Ralph Ellison, Bobby Fischer, Emma Goldman, Piotr Kropotkin, ty i twoi rodzice. Czy rzeczywiście istnieje jeden sposób życia najlepszy dla każdego z tych ludzi? (Anarchia, państwo, utopia, str. 362)
Być może jednak warto zmienić perspektywę patrzenia? Jeśli bowiem istnieje jakiś najlepszy sposób życia, to ten, który żyje w ten sposób, ktoś, kto wyróżnia się cnotą, powinien rządzić, zgodnie z tezą Arystotelesa, iż „nie pozostaje zatem nic innego, jak to, co zdaje leżeć w naturze rzeczy, by wszyscy chętnie takiego słuchali”.
Czy jednak zdołamy kogoś takiego dostrzec? Czy w ogóle wytężamy wzrok?
Marek Przychodzeń
Koniec końców najtrudniej o ludzi porządnych, tj cnotliwych. Jak sądzi Pan Arystoteles „szlachectwo bowiem i cnota jest udziałem niewielu [...] Bo ludzi szlachetnego rodu i cnotliwych nigdzie i setki nie ma, a bogatych [jak i ubogich] wielu wszędzie bywa”. Ci ostatni słusznie zaś roszczą sobie prawo do pierwszeństwa w państwie, czyli wspólnocie politycznej, ponieważ są cnotliwi, a więc też sprawiedliwi, a „sprawiedliwość jest podstawową cnotą życia społecznego”.
Dziś najczęściej zwraca się uwagę na zachowania skandaliczne, np. na posła Palikota wymachującego sztucznym członkiem, albo w ogóle nie szuka się wśród tłumu polityków ludzi porządnych, zgodnie z liberalnym dictum Roberta Nozicka:
„Wittgenstein, Elizabeth Taylor, Bertrand Russell, Thomas Merton, Yogi Berra, Allen Ginsburg, Harry Wolfson, Thoreau, Casey Stengel, rabin lubartowski, Picasso, Mojżesz, Einstein, Hugh Heffner, Sokrates, Henry Ford, Lenny Bruce, Baba Ram Dass, Gandhi, sir Edmund Hillary, Raymond Lubitz, Budda, Frank Sinatra, Kolumb, Freud, Norman Mailer, Ayn Rand, baron Rothschild, Ted Williams, Thomas Edison, H.L. Mecken, Thomas Jefferson, Ralph Ellison, Bobby Fischer, Emma Goldman, Piotr Kropotkin, ty i twoi rodzice. Czy rzeczywiście istnieje jeden sposób życia najlepszy dla każdego z tych ludzi? (Anarchia, państwo, utopia, str. 362)
Być może jednak warto zmienić perspektywę patrzenia? Jeśli bowiem istnieje jakiś najlepszy sposób życia, to ten, który żyje w ten sposób, ktoś, kto wyróżnia się cnotą, powinien rządzić, zgodnie z tezą Arystotelesa, iż „nie pozostaje zatem nic innego, jak to, co zdaje leżeć w naturze rzeczy, by wszyscy chętnie takiego słuchali”.
Czy jednak zdołamy kogoś takiego dostrzec? Czy w ogóle wytężamy wzrok?
Marek Przychodzeń
sobota, 19 kwietnia 2008
Śniadanie z queer
Autor:
Marek Przychodzeń
W najbliższym czasie w Krakowie zaszczyci nas wspaniała impreza, festiwal „Kultura dla tolerancji”. Właśnie wpadła mi do ręki ulotka promująca wspomnianą inicjatywę „kulturalną”. Czytam z uniesieniem. Jakie atrakcje czekają nas pod Wawelem? Otóż niejaki Stuart Sandford zaprezentuje w sobotę 26 kwietnia swoją „wystawę”, której tytułu, przez szacunek dla czytających, nie przytoczę. Oto jej opis ściągnięty z Internetu:
Wschodząca gwiazda fotografii, Brytyjczyk Stuart Sandford (*1978) namówił swoich 12 przyjaciół do wykonania portretów w chwili przeżywania orgazmu. Efektem jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną.
Wszyscy zmęczeni ilością doznań „artystycznych” będą mogli już następnego ranka nieco wypocząć, i zjeść śniadanie podczas „Queer Morning”. W czasie imprezy będzie też można wypić kawę w „Queer Cafe”, by być przytomnym na takich wykładach jak „Homoseksualna historia literatury polskiej”, „Homoliteratura” czy „Queer i Anarchizm”. Oczywiście, obsadę naukową zapewniają rozmaite PhD’s, żeby nie było wątpliwości, po czyjej stronie jest Nauka.
Na zakończenie, jak czytam, 21.00 niedziela, 27 kwietnia, „Festiwal closing. Party”
…a Rzym płonie
Marek Przychodzeń
Wschodząca gwiazda fotografii, Brytyjczyk Stuart Sandford (*1978) namówił swoich 12 przyjaciół do wykonania portretów w chwili przeżywania orgazmu. Efektem jest cykl prac, które wyciągają seksualność z mieszczańskiej sypialni i śmiało wprowadzają ją w przestrzeń publiczną.
Wszyscy zmęczeni ilością doznań „artystycznych” będą mogli już następnego ranka nieco wypocząć, i zjeść śniadanie podczas „Queer Morning”. W czasie imprezy będzie też można wypić kawę w „Queer Cafe”, by być przytomnym na takich wykładach jak „Homoseksualna historia literatury polskiej”, „Homoliteratura” czy „Queer i Anarchizm”. Oczywiście, obsadę naukową zapewniają rozmaite PhD’s, żeby nie było wątpliwości, po czyjej stronie jest Nauka.
Na zakończenie, jak czytam, 21.00 niedziela, 27 kwietnia, „Festiwal closing. Party”
…a Rzym płonie
Marek Przychodzeń
wtorek, 15 kwietnia 2008
"Modlitwa Arystotelesa"
Autor:
Marek Przychodzeń
W VII księdze Polityki Arystotelesa pojawia się wizja państwa mającego być urządzone “wedle życzenia” (7.1325b) (kat'euchên) (w tłum. L. Piotrowicza). Niektórzy angielscy autorzy oddają wspomniane sformułowanie jako “according to prayer”, co można prowokacyjnie przetłumaczyć jako zgodnie z "modlitwą”. Czy zatem Arystoteles mógł "modlić" się o najlepszy ustrój?
"Modlitwa" Arystotelesa być może oznaczała akceptację wizji świata, który nie jest do końca przewidywalny, świata, w którym człowiek nie kontroluje wszystkich “zmiennych”. W owym świecie, który nie stał się jeszcze “królestwem człowieka”, jest miejsce na przypadek, na modlitwę.
Papież Benedykt XVI w najnowszej encyklice “Spe Salvi” zauważa, że w czasach nowożytnych, przynajmniej od momentu publikacji Novum Organum Francisa Bacona, stosunek człowieka do świata ulega radykalnej przemianie. Zdaniem Papieża, nadzieja człowieka przybiera bowiem odtąd formę wiary w postęp.
Nowa nauka eksperymentalna wyzwoliła przekonanie, że oto otwiera się przed nami możliwość wyeliminowania tego, co nieprzewidywalne, pojawia się szansa ostatecznego zapanowania “sztuki nad naturą”. Charakterystyczną cechą nowej postawy jest niecierpliwość (“oczekiwanie natychmiastowe”) i pycha, która przejawiła się w postaci idei “wiary rozumnej” czy, mówiąc prościej, religii rozumu.
Dla Papieża przykładem “próby ustanowienia panowania rozumu i wolności” na modłę oświeceniową jest Rewolucja Francuska, którą popierał Kant, licząc, że stanie się ona wehikułem modyfikacji świata, na taki, w którym autonomiczny rozum czułby się bardziej “u siebie”. Ponowne odczytanie znaczenia Rewolucji powoduje przemianę stanowiska myśliciela, jego nadzieja zamienia się w swe przeciwieństwo, pojawia się teza o możliwym “perwersyjnym” końcu wszystkich rzeczy.
Zdaniem Benedykta XVI jedynie pewną gwarancją na przyszłość jest “pewna”, czyli warunkowa gwarancja na przyszłość, jaką daje przemiana wewnętrzna człowieka i współpraca pokoleń w ramach wspomagających go struktur.
Człowiek nie może zostać zbawiony od wewnątrz (sam przez siebie) ani od zewnątrz (poprzez technikę). Zbawienie pochodzi “z wysoka”. Także w sensie politycznym. Czy zatem w naszym świecie "modlitwa" Arystotelesa ma jeszcze sens, czy czeka nas już tylko “perwersyjny” koniec wszystkich rzeczy?
"Modlitwa" Arystotelesa być może oznaczała akceptację wizji świata, który nie jest do końca przewidywalny, świata, w którym człowiek nie kontroluje wszystkich “zmiennych”. W owym świecie, który nie stał się jeszcze “królestwem człowieka”, jest miejsce na przypadek, na modlitwę.
Papież Benedykt XVI w najnowszej encyklice “Spe Salvi” zauważa, że w czasach nowożytnych, przynajmniej od momentu publikacji Novum Organum Francisa Bacona, stosunek człowieka do świata ulega radykalnej przemianie. Zdaniem Papieża, nadzieja człowieka przybiera bowiem odtąd formę wiary w postęp.
Nowa nauka eksperymentalna wyzwoliła przekonanie, że oto otwiera się przed nami możliwość wyeliminowania tego, co nieprzewidywalne, pojawia się szansa ostatecznego zapanowania “sztuki nad naturą”. Charakterystyczną cechą nowej postawy jest niecierpliwość (“oczekiwanie natychmiastowe”) i pycha, która przejawiła się w postaci idei “wiary rozumnej” czy, mówiąc prościej, religii rozumu.
Dla Papieża przykładem “próby ustanowienia panowania rozumu i wolności” na modłę oświeceniową jest Rewolucja Francuska, którą popierał Kant, licząc, że stanie się ona wehikułem modyfikacji świata, na taki, w którym autonomiczny rozum czułby się bardziej “u siebie”. Ponowne odczytanie znaczenia Rewolucji powoduje przemianę stanowiska myśliciela, jego nadzieja zamienia się w swe przeciwieństwo, pojawia się teza o możliwym “perwersyjnym” końcu wszystkich rzeczy.
Zdaniem Benedykta XVI jedynie pewną gwarancją na przyszłość jest “pewna”, czyli warunkowa gwarancja na przyszłość, jaką daje przemiana wewnętrzna człowieka i współpraca pokoleń w ramach wspomagających go struktur.
Człowiek nie może zostać zbawiony od wewnątrz (sam przez siebie) ani od zewnątrz (poprzez technikę). Zbawienie pochodzi “z wysoka”. Także w sensie politycznym. Czy zatem w naszym świecie "modlitwa" Arystotelesa ma jeszcze sens, czy czeka nas już tylko “perwersyjny” koniec wszystkich rzeczy?
sobota, 29 marca 2008
Lekarz: zawód i powołanie
Autor:
Marek Przychodzeń
Na pierwszy rzut oka problem strajków lekarzy w żaden sposób nie łączy się bezpośrednio z kwestią rozpoznania prawdy o naturze rzeczywistości. Na pierwszy rzut oka.
Filozofowie nie tylko chcieli zmieniać świat, chcieli go także zrozumieć. O ile wysiłek tych pierwszych zdyskredytował wizerunek tych drugich, niemniej jednak wśród wielu głosów konkurujących o słuchaczy na współczesnym targowisku opinii, swoistej nowoczesnej agorze, słyszalny jest także głos filozofów. Czy filozofia może ułatwić nam rozwikłanie tak trudnych zagadnień, jak kwestia dopuszczalności strajku lekarzy? Czy w ogóle warto zajmować się tematem strajku lekarzy z filozoficznego punktu widzenia?
Wśród wielu argumentów, jakimi posługiwano się w debacie nt dopuszczalności strajku lekarzy, większość z nich odnosiła się do czysto moralnej strony zagadnienia, którą można sprowadzić do jednego zasadniczego pytania, czy strajk szkodził czy nie szkodził (pośrednio bądź bezpośrednio) innym ludziom, w tym przypadku, pacjentom.
Nie neguję takiego postawienia sprawy, jest to być może najbardziej zrozumiały język, w jakim można by istotę sporu wyłożyć in publico. Niemniej jednak, postawiłbym sprawę bardziej wyraziście, ponieważ język moralny jest dzisiaj niedoceniany a moralność kojarzy się zasadniczo z subiektywnymi „uczuciami moralnymi" raczej niż z poznawczo akuratnym opisem rzeczywistości. Moim zaś zdaniem strajkujący lekarze, którzy narażają pacjentów na poważne szkody w gruncie rzeczy nie tylko postępują niemoralnie, ale również tracą kontakt z rzeczywistością (a przez moment wydawało się, że lekarze w Radomiu, po interwencji wojewody i grozbie zamknięcia paru oddziałów, stracą także kontakt z posadą).
Wychodząc od klasycznego pojęcia celowości, należy zauważyć, że zarówno świat ożywiony jak i nieożywiony, ludzie a także artefakty społeczne czy instytucje posiadają swoje obiektywne cele. Można bowiem argumentować, że tak jak obiektywnym celem młotka jest ułatwienie nam wykonania różnych czynności fizycznych, analogicznie również instytucje (np. szpitale) posiadają własne, obiektywnie im przysługujące i swoiste dla nich niezmienne cele. Również władze człowieka, czy pełnione przez niego role, podlegają swoistej „logice celowości".
Chęć ewakuacji przez władzę pacjentów ze szpitala w Radomiu świadczyłaby według tej interpretacji o tym, że szpital ów przestał wykonywać przypisane mu funkcje, a zatem przestał być, w sensie ścisłym, szpitalem, stał się zaś niejako kartą przetargową w toczonej przez strajkujących lekarzy walce ekonomicznej.
Również pacjenci przestali być pacjentami, zostali bowiem sprowadzeni do roli zakładników. Lekarze nie byli z kolei lekarzami, ponieważ postawili chęć uzyskania lepszych warunków pracy ponad troskę o pacjentów, ponad to, co czyni z nich lekarzy, lekarzem jest bowiem ten, kto głównym celem swojego działania czyni uzdrowienie pacjenta.
Nic więc dziwnego, że ludzie z dyplomami uczelni medycznych, którzy dopuścili się takiej re-definicji własnej roli a także roli swoich podopiecznych w ramach instytucjonalnych struktur szpitala, spotkali się ze społecznym potępieniem (także ze strony jednego z hierarchów Kościoła katolickiego) oraz zarzutem pogwałcenia przysięgi Hipokratesa.
Odróżnienie własnych subiektywnych potrzeb od obiektywnych celów przypisanych rzeczom, instytucjom czy funkcjom społecznym jest podstawową funkcją rozumu moralnego. To, że rzeczy posiadają obiektywne cele można dowieść wskazując, że ulegają one zniszczeniu, kiedy zostają źle użyte. Cele zaś nie są wynikiem konwencji społecznej czy poczucia moralności, są bowiem wpisane w naturę rzeczy, w przypadku omawianej sprawy, w naturę sztuki medycznej. Konwencje, czy poczucie moralności odzwierciedlają tylko istoty owych rzeczy, instytucji czy funkcji (lecz mogą je również deformować, np. kiedy środowisko lekarskie jest zdemoralizowane i notorycznie zapomina o swoich podstawowych powinnościach).
Radomscy lekarze chcieli zniszczyć nie tylko szpital w którym pracowali, lecz także siebie jako lekarzy, a czynili to w imię realizmu ekonomicznego. Trudno nie zauważyć, że ów realizm zamknął im oczy na rzeczywistość natury własnego powołania. Nie twierdzę, że bytowo-socjalne potrzeby lekarzy są nieważne, twierdzę jedynie, że należy je rozpatrywać w kontekście hierarchii wartości, w kontekście powołania lekarza jako lekarza.
Nie muszę dodawać, że ten głos w sprawie powołania lekarzy nie rozstrzyga pytania o możliwie najbardziej efektywny sposób zarządzania dobrem wspólnym jakim są szpitale i inne instytucje publicznej służby zdrowia. Nie rozstrzyga nawet kwestii, czy w ogóle potrzebne są nam instytucje publicznej służby zdrowia.
(Podczas pisania tego postu korzystałem ze świetnego artykułu Roberta Sokolowskiego, „What is Natural Law?", The Thomist, 68,4, October 2004.
Marek Przychodzeń
Filozofowie nie tylko chcieli zmieniać świat, chcieli go także zrozumieć. O ile wysiłek tych pierwszych zdyskredytował wizerunek tych drugich, niemniej jednak wśród wielu głosów konkurujących o słuchaczy na współczesnym targowisku opinii, swoistej nowoczesnej agorze, słyszalny jest także głos filozofów. Czy filozofia może ułatwić nam rozwikłanie tak trudnych zagadnień, jak kwestia dopuszczalności strajku lekarzy? Czy w ogóle warto zajmować się tematem strajku lekarzy z filozoficznego punktu widzenia?
Wśród wielu argumentów, jakimi posługiwano się w debacie nt dopuszczalności strajku lekarzy, większość z nich odnosiła się do czysto moralnej strony zagadnienia, którą można sprowadzić do jednego zasadniczego pytania, czy strajk szkodził czy nie szkodził (pośrednio bądź bezpośrednio) innym ludziom, w tym przypadku, pacjentom.
Nie neguję takiego postawienia sprawy, jest to być może najbardziej zrozumiały język, w jakim można by istotę sporu wyłożyć in publico. Niemniej jednak, postawiłbym sprawę bardziej wyraziście, ponieważ język moralny jest dzisiaj niedoceniany a moralność kojarzy się zasadniczo z subiektywnymi „uczuciami moralnymi" raczej niż z poznawczo akuratnym opisem rzeczywistości. Moim zaś zdaniem strajkujący lekarze, którzy narażają pacjentów na poważne szkody w gruncie rzeczy nie tylko postępują niemoralnie, ale również tracą kontakt z rzeczywistością (a przez moment wydawało się, że lekarze w Radomiu, po interwencji wojewody i grozbie zamknięcia paru oddziałów, stracą także kontakt z posadą).
Wychodząc od klasycznego pojęcia celowości, należy zauważyć, że zarówno świat ożywiony jak i nieożywiony, ludzie a także artefakty społeczne czy instytucje posiadają swoje obiektywne cele. Można bowiem argumentować, że tak jak obiektywnym celem młotka jest ułatwienie nam wykonania różnych czynności fizycznych, analogicznie również instytucje (np. szpitale) posiadają własne, obiektywnie im przysługujące i swoiste dla nich niezmienne cele. Również władze człowieka, czy pełnione przez niego role, podlegają swoistej „logice celowości".
Chęć ewakuacji przez władzę pacjentów ze szpitala w Radomiu świadczyłaby według tej interpretacji o tym, że szpital ów przestał wykonywać przypisane mu funkcje, a zatem przestał być, w sensie ścisłym, szpitalem, stał się zaś niejako kartą przetargową w toczonej przez strajkujących lekarzy walce ekonomicznej.
Również pacjenci przestali być pacjentami, zostali bowiem sprowadzeni do roli zakładników. Lekarze nie byli z kolei lekarzami, ponieważ postawili chęć uzyskania lepszych warunków pracy ponad troskę o pacjentów, ponad to, co czyni z nich lekarzy, lekarzem jest bowiem ten, kto głównym celem swojego działania czyni uzdrowienie pacjenta.
Nic więc dziwnego, że ludzie z dyplomami uczelni medycznych, którzy dopuścili się takiej re-definicji własnej roli a także roli swoich podopiecznych w ramach instytucjonalnych struktur szpitala, spotkali się ze społecznym potępieniem (także ze strony jednego z hierarchów Kościoła katolickiego) oraz zarzutem pogwałcenia przysięgi Hipokratesa.
Odróżnienie własnych subiektywnych potrzeb od obiektywnych celów przypisanych rzeczom, instytucjom czy funkcjom społecznym jest podstawową funkcją rozumu moralnego. To, że rzeczy posiadają obiektywne cele można dowieść wskazując, że ulegają one zniszczeniu, kiedy zostają źle użyte. Cele zaś nie są wynikiem konwencji społecznej czy poczucia moralności, są bowiem wpisane w naturę rzeczy, w przypadku omawianej sprawy, w naturę sztuki medycznej. Konwencje, czy poczucie moralności odzwierciedlają tylko istoty owych rzeczy, instytucji czy funkcji (lecz mogą je również deformować, np. kiedy środowisko lekarskie jest zdemoralizowane i notorycznie zapomina o swoich podstawowych powinnościach).
Radomscy lekarze chcieli zniszczyć nie tylko szpital w którym pracowali, lecz także siebie jako lekarzy, a czynili to w imię realizmu ekonomicznego. Trudno nie zauważyć, że ów realizm zamknął im oczy na rzeczywistość natury własnego powołania. Nie twierdzę, że bytowo-socjalne potrzeby lekarzy są nieważne, twierdzę jedynie, że należy je rozpatrywać w kontekście hierarchii wartości, w kontekście powołania lekarza jako lekarza.
Nie muszę dodawać, że ten głos w sprawie powołania lekarzy nie rozstrzyga pytania o możliwie najbardziej efektywny sposób zarządzania dobrem wspólnym jakim są szpitale i inne instytucje publicznej służby zdrowia. Nie rozstrzyga nawet kwestii, czy w ogóle potrzebne są nam instytucje publicznej służby zdrowia.
(Podczas pisania tego postu korzystałem ze świetnego artykułu Roberta Sokolowskiego, „What is Natural Law?", The Thomist, 68,4, October 2004.
Marek Przychodzeń
czwartek, 20 marca 2008
Ernest Nolte i nowa niemiecka tożsamość
Autor:
Marek Przychodzeń
Czy niemieckie spektrum polityczne przesunęło się na prawo? Po raz pierwszy z tego rodzaju diagnozą spotkałem się w książce Richarda Wolina "The Seduction of Unreason" (Uwiedzeni przez antyrozum). Zdaniem Wolina wraz z wypraniem powojennej niemieckiej polityki z wszelkich wielkich ideałów (czego symbolem jest "Keine Experimente" Konrada Adenaura, czy też mobilizacja wokół hasła "D-Mark-Nationalismus") a także post-zjednoczeniowym upadkiem "antyfaszystowskiej" lewicy, niemiecka prawica uzyskała niemal całkowitą swobodę ruchu.
Zdaniem Wolina znaczną rolę w owym przesunięciu odegrał dziennik Frankfurter Allgemeine Zaitung, politycy tacy jak Edmund Stoiber czy "historyczni rewizjoniści", w rodzaju Ernesta Nolte, bazujący na popularnych resentymentach skierowanych przeciwko amerykanizacji niemieckiej kultury oraz niewystarczającemu naciskowi kładzionemu w debacie publicznej na tożsamość narodową.
Niemiecki uchodźca i filozof Leo Strauss snuł w 1943 rozważania, z których wynikało, że najlepszym rozwiązaniem niemieckich problemów będzie zainstalowanie w Niemczech liberalnej demokracji (co miało przesunąć zainteresowanie Niemców z polityki na gospodarkę) oraz podjęcie próby reedukacji Niemiec (głównie przez niemieckich katolików i protestantów). Niemieckie sukcesy ekonomiczne a także (być może niekiedy nawet przesadne) kajanie się Niemców za nazizm oraz Holokaust wydawały się potwierdzać trafność diagnozy Straussa.
W świetle powyższych rozważań diagnoza Wolina jawić się może zatem jako całkowicie nierealistyczna i nadmiernie pesymistyczna. Niestety, niedawno opublikowany w "Europie" wywiad z niemieckim historykiem Ernestem Nolte rzuca cień na to przekonanie. Jak stwierdza bowiem Nolte:
"Skrucha i pokuta nie są zjawiskami zbiorowymi. To sprawa wyłącznie indywidualna. To samo tyczy się możliwości istnienia tak zwanej "zbiorowej niemieckiej winy" [...] Mogę uważać drogę, którą obrało moje państwo - lub jakiekolwiek inne - za błędną. Każdy Amerykanin może powiedzieć, że wyniszczenie Indian, którzy byli pierwotnymi mieszkańcami tego kontynentu, było godne potępienia, ale to nie oznacza, że ma z tego powodu odczuwać skruchę. Każdy Niemiec może i powinien przyznać, że bezprecedensowa próba wymordowania całego narodu przez nazistów była niewyobrażalnym barbarzyństwem. Jednak kiedy słyszę quasi-religijne stwierdzenia, że Niemcy powinni pokutować, ponieważ naziści chcieli w istocie zabić Boga, jest to dla mnie nie do zaakcepowania" E. Nolte “O pokrewieństwie nazizmu i komunizmu”, “Europa. Tygodnik idei”, nr. 10(205), 8 marca 2008
Jak na tę wypowiedź zareagowali blogerzy z Salonu24? Zanotowałem tylko jedną wypowiedź. Cytuję in extenso (akapity ode mnie)
"Oczywiście polskie traumy historyczne nakazują z ogromną podejrzliwością traktować takie wypowiedzi, jeśli płyną z ust Niemca. Dla mnie jednak tego rodzaju podejrzliwość zalatuje germanofobią, przejawiającą się w straszeniu widmem recydywy jeśli nie nazizmu, to przynajmniej pruskiego nacjonalizmu (w tym miejscu abstrahuję od innych zagrożeń, które skłonny byłbym uznać za realne). Że tego typu lęki są bezpodstawne krótko i zwięźle swego czasu wyjaśnił Zdzisław Krasnodębski, autor którego krytyczny stosunek do polityki zagranicznej naszych zachodnich sąsiadów nie może budzić wątpliwości. Otóż, zdaniem Krasnodębskiego, człowiek liberalnej demokracji, interesuje się przede wszystkim swoim zdrowiem i bezpieczeństwem. To się sprawdziło - dzisiejsza młodzież niemiecka martwi się głównie, kto w przyszłości zapłaci za ich protezy zębne i - wbrew polskim obawom - nawet Eryka Steinbach nie potrafiłaby poderwać ich do akcji („Poprzedni i obecny koniec dziejów", „Europa" 19.01.2005). Wracając do Noltego, z uznaniem należy przyjąć jego odwagę w przełamywaniu tabu [...] Gdyby przyszedł dziś do mnie jakiś młody Niemiec, aby wyrazić skruchę z powodu tych swoich rodaków, którzy zamordowali w lipcu 1944 roku mojego dziadka, to byłaby to dla mnie jakaś bardzo krępująca obu nas szopka. I tę prostą prawdę Ernst Nolte nam po raz kolejny uświadamia".
Pozostaje pytanie, czy moralne i duchowe wyjałowienie niemieckiej młodzieży, które konstatuje Krasnodębski oraz równoległe podważanie przez Noltego niemieckiej odpowiedzialności za nazizm (jego zdaniem, to była sprawka jakiegoś bliżej nieokreślonego "państwa nazistów") z pozycji liberalnego indywidualizmu układa się w harmonijną całość? Innymi słowy, czy słowa Noltego stanowią zbawienne "uświadomienie" nas co do faktycznego poziomu zblazowania niemieckiej duszy, czy raczej stanowią symptom postępującej choroby?
Moim zdaniem, jeśli mamy na poważnie traktować możliwość porozumienia się wspomnianego wyżej młodego Niemca z młodym Polakiem, nie wydaje się, by do jego zawarcia trzeba było majstrować przy standardowym odczytaniu roli Niemców jako narodu odpowiedzialnego za nazizm (będzie raczej odwrotnie). Dodatkowo, trudno uwierzyć, że Noltemu chodzi jedynie o wypracowanie normalnych relacji młodych Niemców ze światem. Wydaje się, że chodzi tu o coś więcej, słowa Noltego stanowią próbę nowego odczytania, czy też "nowego napisania" historii. W jakim celu? Być może mamy tu do czynienia z próbą wytworzenia ideologicznej podbudowy dla nowej tożsamości zbiorowej, nowej kolektywnej samo-intepretacji. Warto bowiem porównać cytowaną tu wypowiedź Noltego z diagnozą Leo Straussa z 1943 r.
"Jeśli jednak wysuwa się zastrzeżenie, że naziści to nie całe Niemcy, odpowiadam na to, że naród w politycznym sensie tego słowa to politycznie istotna, politycznie efektywna część narodu. Kiedy więc w wolnych wyborach około 45 proc. Niemców głosowało na Hitlera, a pozostałe 55 proc. pozostawało w stanie całkowitej konfuzji i bezradności, to te 45 proc. stanowiło naród niemiecki - z jakiegokolwiek politycznego punktu widzenia. Dopóki zatem Niemcy nie oczyszczą się dając nam satysfakcję za poniżenie, którego od nich doznaliśmy, żaden szanujący się Żyd nie może i nie powinien interesować się Niemcami" L. Strauss “Przypadek Niemiec. Reedukacja państw osi w kwestii żydowskiej”, Przegląd Polityczny, 87/2008
Być może warto zatem rozważyć skuteczność aplikowanego Niemcom panaceum "na nazim" w odniesieniu do wspomnianych wcześniej aspektów, polityczno-ekonomicznego i moralnego.
Po pierwsze, kwestie moralne. Należy wciąż ponawiać namysł nad kwestią, czy za niemiecką skruchą stały silne motywy moralne (w przeciwieństwie do politycznych). Nie doczekaliśmy się przecież do tej pory w Niemczech jakiegoś zmasowanego ruchu odnowy duchowej (nawet pomimo wyboru kard. Ratzingera na papieża). Co gorsza, można twierdzić, że proponowane przez Straussa rozwiązanie polityczne (liberalna demokracja) generuje skutki w dużej mierze przeciwne do zamierzonych. Permisywny liberalizm któremu towarzyszy redukcja historycznej świadomości sprzyja głównie ludziom pokroju Noltego niż Straussa.
Po drugie, ekonomia. Dochodzące do nas głosy o zapaści ekonomicznej w Niemczech a także perturbacjach społecznych z tym związanych (vide analizy poświęcone zjawisku zamknięcia fabryki Nokii w Bochun i przeniesienia produkcji do Rumunii) wskazują, że ekonomia ma obecnie raczej destabilizujący niż normalizujący wpływ na sytuację w tym kraju (nie wspomnę już o kwestii emigrantów czy dość "realistycznej" w sensie politycznym strategii Niemiec w odniesieniu do surowców energetycznych).
Pytanie, w jakim kierunku pójdą próby odtworzenia niemieckiej tożsamości kolektywnej jest zatem wciąż pytaniem otwartym.
Marek Przychodzeń
Zdaniem Wolina znaczną rolę w owym przesunięciu odegrał dziennik Frankfurter Allgemeine Zaitung, politycy tacy jak Edmund Stoiber czy "historyczni rewizjoniści", w rodzaju Ernesta Nolte, bazujący na popularnych resentymentach skierowanych przeciwko amerykanizacji niemieckiej kultury oraz niewystarczającemu naciskowi kładzionemu w debacie publicznej na tożsamość narodową.
Niemiecki uchodźca i filozof Leo Strauss snuł w 1943 rozważania, z których wynikało, że najlepszym rozwiązaniem niemieckich problemów będzie zainstalowanie w Niemczech liberalnej demokracji (co miało przesunąć zainteresowanie Niemców z polityki na gospodarkę) oraz podjęcie próby reedukacji Niemiec (głównie przez niemieckich katolików i protestantów). Niemieckie sukcesy ekonomiczne a także (być może niekiedy nawet przesadne) kajanie się Niemców za nazizm oraz Holokaust wydawały się potwierdzać trafność diagnozy Straussa.
W świetle powyższych rozważań diagnoza Wolina jawić się może zatem jako całkowicie nierealistyczna i nadmiernie pesymistyczna. Niestety, niedawno opublikowany w "Europie" wywiad z niemieckim historykiem Ernestem Nolte rzuca cień na to przekonanie. Jak stwierdza bowiem Nolte:
"Skrucha i pokuta nie są zjawiskami zbiorowymi. To sprawa wyłącznie indywidualna. To samo tyczy się możliwości istnienia tak zwanej "zbiorowej niemieckiej winy" [...] Mogę uważać drogę, którą obrało moje państwo - lub jakiekolwiek inne - za błędną. Każdy Amerykanin może powiedzieć, że wyniszczenie Indian, którzy byli pierwotnymi mieszkańcami tego kontynentu, było godne potępienia, ale to nie oznacza, że ma z tego powodu odczuwać skruchę. Każdy Niemiec może i powinien przyznać, że bezprecedensowa próba wymordowania całego narodu przez nazistów była niewyobrażalnym barbarzyństwem. Jednak kiedy słyszę quasi-religijne stwierdzenia, że Niemcy powinni pokutować, ponieważ naziści chcieli w istocie zabić Boga, jest to dla mnie nie do zaakcepowania" E. Nolte “O pokrewieństwie nazizmu i komunizmu”, “Europa. Tygodnik idei”, nr. 10(205), 8 marca 2008
Jak na tę wypowiedź zareagowali blogerzy z Salonu24? Zanotowałem tylko jedną wypowiedź. Cytuję in extenso (akapity ode mnie)
"Oczywiście polskie traumy historyczne nakazują z ogromną podejrzliwością traktować takie wypowiedzi, jeśli płyną z ust Niemca. Dla mnie jednak tego rodzaju podejrzliwość zalatuje germanofobią, przejawiającą się w straszeniu widmem recydywy jeśli nie nazizmu, to przynajmniej pruskiego nacjonalizmu (w tym miejscu abstrahuję od innych zagrożeń, które skłonny byłbym uznać za realne). Że tego typu lęki są bezpodstawne krótko i zwięźle swego czasu wyjaśnił Zdzisław Krasnodębski, autor którego krytyczny stosunek do polityki zagranicznej naszych zachodnich sąsiadów nie może budzić wątpliwości. Otóż, zdaniem Krasnodębskiego, człowiek liberalnej demokracji, interesuje się przede wszystkim swoim zdrowiem i bezpieczeństwem. To się sprawdziło - dzisiejsza młodzież niemiecka martwi się głównie, kto w przyszłości zapłaci za ich protezy zębne i - wbrew polskim obawom - nawet Eryka Steinbach nie potrafiłaby poderwać ich do akcji („Poprzedni i obecny koniec dziejów", „Europa" 19.01.2005). Wracając do Noltego, z uznaniem należy przyjąć jego odwagę w przełamywaniu tabu [...] Gdyby przyszedł dziś do mnie jakiś młody Niemiec, aby wyrazić skruchę z powodu tych swoich rodaków, którzy zamordowali w lipcu 1944 roku mojego dziadka, to byłaby to dla mnie jakaś bardzo krępująca obu nas szopka. I tę prostą prawdę Ernst Nolte nam po raz kolejny uświadamia".
Pozostaje pytanie, czy moralne i duchowe wyjałowienie niemieckiej młodzieży, które konstatuje Krasnodębski oraz równoległe podważanie przez Noltego niemieckiej odpowiedzialności za nazizm (jego zdaniem, to była sprawka jakiegoś bliżej nieokreślonego "państwa nazistów") z pozycji liberalnego indywidualizmu układa się w harmonijną całość? Innymi słowy, czy słowa Noltego stanowią zbawienne "uświadomienie" nas co do faktycznego poziomu zblazowania niemieckiej duszy, czy raczej stanowią symptom postępującej choroby?
Moim zdaniem, jeśli mamy na poważnie traktować możliwość porozumienia się wspomnianego wyżej młodego Niemca z młodym Polakiem, nie wydaje się, by do jego zawarcia trzeba było majstrować przy standardowym odczytaniu roli Niemców jako narodu odpowiedzialnego za nazizm (będzie raczej odwrotnie). Dodatkowo, trudno uwierzyć, że Noltemu chodzi jedynie o wypracowanie normalnych relacji młodych Niemców ze światem. Wydaje się, że chodzi tu o coś więcej, słowa Noltego stanowią próbę nowego odczytania, czy też "nowego napisania" historii. W jakim celu? Być może mamy tu do czynienia z próbą wytworzenia ideologicznej podbudowy dla nowej tożsamości zbiorowej, nowej kolektywnej samo-intepretacji. Warto bowiem porównać cytowaną tu wypowiedź Noltego z diagnozą Leo Straussa z 1943 r.
"Jeśli jednak wysuwa się zastrzeżenie, że naziści to nie całe Niemcy, odpowiadam na to, że naród w politycznym sensie tego słowa to politycznie istotna, politycznie efektywna część narodu. Kiedy więc w wolnych wyborach około 45 proc. Niemców głosowało na Hitlera, a pozostałe 55 proc. pozostawało w stanie całkowitej konfuzji i bezradności, to te 45 proc. stanowiło naród niemiecki - z jakiegokolwiek politycznego punktu widzenia. Dopóki zatem Niemcy nie oczyszczą się dając nam satysfakcję za poniżenie, którego od nich doznaliśmy, żaden szanujący się Żyd nie może i nie powinien interesować się Niemcami" L. Strauss “Przypadek Niemiec. Reedukacja państw osi w kwestii żydowskiej”, Przegląd Polityczny, 87/2008
Być może warto zatem rozważyć skuteczność aplikowanego Niemcom panaceum "na nazim" w odniesieniu do wspomnianych wcześniej aspektów, polityczno-ekonomicznego i moralnego.
Po pierwsze, kwestie moralne. Należy wciąż ponawiać namysł nad kwestią, czy za niemiecką skruchą stały silne motywy moralne (w przeciwieństwie do politycznych). Nie doczekaliśmy się przecież do tej pory w Niemczech jakiegoś zmasowanego ruchu odnowy duchowej (nawet pomimo wyboru kard. Ratzingera na papieża). Co gorsza, można twierdzić, że proponowane przez Straussa rozwiązanie polityczne (liberalna demokracja) generuje skutki w dużej mierze przeciwne do zamierzonych. Permisywny liberalizm któremu towarzyszy redukcja historycznej świadomości sprzyja głównie ludziom pokroju Noltego niż Straussa.
Po drugie, ekonomia. Dochodzące do nas głosy o zapaści ekonomicznej w Niemczech a także perturbacjach społecznych z tym związanych (vide analizy poświęcone zjawisku zamknięcia fabryki Nokii w Bochun i przeniesienia produkcji do Rumunii) wskazują, że ekonomia ma obecnie raczej destabilizujący niż normalizujący wpływ na sytuację w tym kraju (nie wspomnę już o kwestii emigrantów czy dość "realistycznej" w sensie politycznym strategii Niemiec w odniesieniu do surowców energetycznych).
Pytanie, w jakim kierunku pójdą próby odtworzenia niemieckiej tożsamości kolektywnej jest zatem wciąż pytaniem otwartym.
Marek Przychodzeń
niedziela, 24 lutego 2008
WOLNOŚĆ POCZCIWCA
Autor:
Marek Przychodzeń
WOLNOŚĆ POCZCIWCA.
Po lekturze „Traktatu o wolności" R. Legutki.
W niniejszym przydługim wpisie chciałbym podzielić się z Czytelnikami "Salonu 24" wrażeniami wyniesionymi z lektury najnowszej książki profesora Ryszarda Legutki "Traktat o wolności" (słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2007). Jak dowiadujemy się ze wstępu, recenzowana książka stanowi odpowiedź na zamęt pojęciowy współczesnego Polaka i próbę jego rozjaśnienia. Jak zauważa profesor:
"nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż pojęcie wolności dostało sie w ręce i umysły dogmatyków, że stało się sztywnym schematem, o którym się nie dyskutuje i które służy jako narzędzie do promowania i utrwalania bardzo konkretnego rozwiązania instytucjonalno-ideologicznego, a mianowicie pewnego dość szczególnego modelu liberalnego" (7) - strony w nawiasach odnoszą się do recenzowanej pozycji.
Jeśli wolność skrojono nam na miarę naszych czasów, a zawężony horyzont historyczny jest charakterystyczną zmorą współczesności (jak dowiedział się ostatnio od swoich studentów jeden z moich znajomych, "komórki istnieją od zawsze"), rzeczony "Traktat o wolności" oferuje nam perspektywę przezwyciężenia tego typu ograniczeń, a więc perspektywę emancypacji. Profesor Legutko od lat deklaruje swoją sympatię do zapomnianych idei, a wiadomo, iż do odróżnienia skarbów humanistyki od zwykłych odpadków „śmietnika historii" potrzeba wytrawnego znawcy. Z książką takiego znawcy wypada nam obecnie obcować.
Nie jestem znawcą filozofii starożytnej, jednak w moim przekonaniu coś, co zasadniczo różni podejście starożytnych i współczesnych do świata trafnie wyraża uwaga prof. Legutki. Według niego człowiek współczesny to ktoś przekonany, że
„wizja całości nie istnieje, a nawet gdyby istniała, to on nie jest zainteresowany jej poznaniem" (113)
Nie trzeba dodawać, iż starożytni byli odmiennego zdania. Z wizji całości płynęła wizja tego, co, wolno, co jest zgodne z ową całością i tego, co harmonię ową narusza. Charakterystyczna dla Greków ambicja poznania całości, „kosmosu", została porzucona przez nowożytnych filozofów, nie bez związku z odrzuceniem filozoficznej spekulacji na rzecz neutralnych metafizycznie teorii naukowych, które stały się obiektem poważania wraz z odkryciem możliwości wytwarzania przy ich pomocy rozmaitych "wynalazków". Rozumowanie naukowe stało się modelem wszelkiego rozumowania.
Epoka specjalistów i specjalizacji niosła ze sobą wielkie nadzieje, głównie w postaci przekonania o możliwości „podboju natury", przekonania o możliwości osiągnięcia przez człowieka statusu „panów świata i życia". Chyba można już dziś stwierdzić, iż nadzieje te pozostają w znacznej mierze niespełnione. Zamiast artysty i „autokreatora" otrzymaliśmy bowiem „ostatniego człowieka". Co więcej, paradoksalnie, stan, którego obawiał się jeszcze Friedrich Nietzsche, tzn. możliwość powszechnego zaniżenia wszelkich standardów, dla współczesnych stał się przedmiotem dumy (por. potoczne odczytanie książki F. Fukuyamy "Koniec historii"). Podobne wątpliwości co Nietzsche wyrażał też obrońca współczesnego projektu cywilizacyjnego, Max Weber, pisząc o "lubieżnikach bez serca i specjalistach bez ducha". Dla Webera alternatywą dominacji lubieżników i specjalistów była jakaś forma odnowy duchowej.
Profesor Legutko nazywa współczesnego człowieka „poczciwcem" i "rzemieślnikiem".
„Dzisiejsza hybris nie jest [...] pychą prometejską. Nie stoi za nią przekonanie o nieskończonej mocy człowieka. Nie przyświeca jej mit istoty ludzkiej pragnącej zdetronizować boga. Jest to raczej hybris poczciwca, który przywiązany do ziemi, ciała i życia, chętnie uniwersalizujący to przywiązanie, korzysta z mechanizmów demokratycznych, by sobie i swojej grupie stworzyć wygodne warunki egzystowania" (113)
Jest to epitet zasłużony, o ile opisuje on kogoś, kto jest produktem wspomnianego szeregu zmian kulturalnych, prowadzących poprzez rozczłonkowanie namysłu nad światem i relegacją najważniejszych dylematów do sfery przekonań i światopoglądu, do zatracenia świadomości granic. Jak pisze Legutko, świadomość granic była do niedawna trwałym elementem kultury europejskiej
„Owej granicy nie wyznaczało państwo ani kontrakt, ani konflikt wzajemnych interesów, lecz wynikała ona z istoty moralności i z natury rzeczy" (72)
W tym sensie dla Legutki liberalizm klasyczny dał się jeszcze pogodzić z wizją starożytnych czy wizją średniowieczną, o ile zachowywał on przekonanie, iż przekraczanie miary „grozi deformacją ludzkiej natury, grzechem lub autodestrukcją". Zdaniem profesora „grzechem pierworodnym" liberalizmu było przecenienie przez liberalizm zdolności człowieka, zbyt optymistyczna antropologia. Jego zdaniem przekonanie liberałów, iż „prawo i logika racjonalnego działania" powstrzyma człowieka odrzucającego „granicę i miarę" okazało się fałszywe, a ostatecznie bezpodstawne, skoro nawet samo pojęcie granic uległo zatarciu.
Na skutek tego historia urzeczywistniania się wolności negatywnej okazała się historią odrzucania miary. Jak bowiem czytamy w „Traktacie..." „[w] starciu między wolnością a jej ograniczeniami jesteśmy skłonni sądzić, że wolność prędzej, czy później wygra". W tym sensie pożądane przez liberałów zmiany społeczne okazały się niebezpiecznie pokrywać ze zmianami wprowadzanymi przez komunizm, o ile ten ostatni niósł ze sobą
„egalitaryzację społeczeństwa, rozpad tradycyjnych struktur, akceptację zasadniczej nieciągłości historycznej, ogólnie sceptyczny stosunek do tradycji, przekonanie o nieuchronności społecznych zmian, widzenie w dziedzictwie historycznego anachronizmu, a nie zapisu doświadczenia, ideologizację myślenia, przekonanie o bezalternatywności przyjętego modelu, odrzucenie metafizyki i klasycznej filozofii" (81).
Jaka koncepcja wolności pasuje do człowieka liberalno-demokratycznego? Otóż jest to koncepcja wolności jako pełnej swobody, robienia tego, co się chce, obojętnie czy pojmuje się ją jako wolność pozytywną czy też negatywną. Koncepcja wolności, która pasowała do wcześniejszej, starożytnej wizji świata, była raczej koncepcją wolności arystokratycznej. Jak pisze Legutko
„arystokrata to ktoś, kto uważa, że ludzkie postępowanie dokonuje się według reguł, z których znaczna część jest dana i nie podlega zmianie aktem woli" (128)
Oświecony człowiek liberalno-demokratyczny, który uważał, że odrzucenie metafizyki stanowi krok do osiągnięcia przez niego pełnej dojrzałości, czyli wyjścia z epoki niedojrzałości w której, jak pisał Kant, utrzymywała go tradycja, religia i przesąd, okazuje się jednak zrozumiały na gruncie owej metafizyki. Da się bowiem pokazać, że iluzja wolności, którą ten stworzył sobie na własne potrzeby, wpędziła go w szereg zniewoleń, czyniąc z niego „liberalnego-demokratę", konformistycznego apologetę określonego porządku społeczno-politycznego. Jak pisze Legutko „liberalny demokrata akceptuje tylko to, co stanowi reprodukcję jego oglądu świata", który zakłada iż „zmiana jest czymś naturalnym, trwanie obraża naturę" (141, por. 144).
Wspomniany światopogląd nie jest bezstronny, stanowi raczej formę auto-racjonalizacji. To nie świat podlega ciągłym zmianom, tylko świat liberalnego-demokraty. Ostatecznie liberał sam siebie napędza - ogląda przez liberalne okulary świat który stworzył, a ów świat wydaje mu się potwierdzać jego wcześniej przyjęte założenia, co z kolei umacnia jego przekonanie, co do słuszności własnego credo. Wydaje mu się, że jego ogląd jest uniwersalny, choć jest on w gruncie rzeczy partykularny. Doprowadza to naszego poczciwego liberalnego-demokratę do bezmyślnego przyzwolenia na relatywizm a w ostateczności na nihilizm (m. in. na skutek utożsamienia wartości z pragnieniami). Okazuje się bowiem, iż logika demokracji i liberalizmu nie posiada w sobie żadnego wewnętrznego mechanizmu zabezpieczającego przed tego rodzaju degrengoladą, co dobrze widać na przykładzie pornografii
„Pornografia już raz wprowadzona w system liberalno-demokratyczny [...] nie da się z niego usunąć. Zwykły zakaz już się sam nie tłumaczy, skoro praktyka dowiodła, iż istnieją grupy znajdujące w pornografii swoje aspiracje i pragnące te aspiracje oficjalnie usankcjonować [...] Wprowadzenie zakazu kojarzyć się będzie z „cofaniem zegara historii" (142)
Poniższa diagnoza jest już częściowo nieaktualna. Dzisiejszy liberał, mądrzejszy o rozważania pragmatystów i postmodernistów, nie ma już roszczeń uniwersalnych. Ze skromnością przyznaje, słowami Stevena Lukes'a, iż „liberalizm jest dla liberałów, kanibalizm dla kanibali". Liberał uważa, że twierdząc tak, postępuje uczciwie, ponieważ jest to uczciwe postawienie sprawy. Nie rozumie jeszcze, że kanibal stoi u bram, a pojęciowy arsenał liberała nie jest w stanie ustalić, dlaczego kanibalizm jest czymś wewnętrznie złym. Musi on uznać, iż jest on po prostu kolejną z opcji, po prostu mało rozpowszechnioną w naszym kręgu kulturowym.
Takie postawienie sprawy sprzyja jednak sprawie kanibala, ostatecznie promując jako naczelny ideał życia postawę, którą Leo Strauss nazywał „fanatycznym obskurantyzmem", obstawaniem przy zasadach bez podania ich uzasadnienia. Skoro liczą się jedynie preferencje, a preferencje pozbawione są wartości prawdziwościowej, zjedzenie człowieka może być uznane za taką samą „preferencję" jak zjedzenie dziczyzny. Oczywiście, zjedzony człowiek może się nie zgadzać na ten akt, jednak jego preferencja, z oczywistych względów, już się zdezaktualizowała.
Profesor Legutko dostrzega podobny problem, choć wyraża się o nim ze spokojem i umiarem, być może dlatego, iż zagrożenie wciąż jest niewielkie. Człowiek demokratyczny, będąc człowiekiem strachliwym i leniwym, nie wyciąga ostatecznych wniosków z własnych przekonań, cnota konsekwencji nie jest zresztą cnotą demokratyczną. Dodatkowo, dzisiejsza kultura nie zdołała jeszcze przetrzebić wszystkich pre-demokratycznych przekonań i wzorców.
„[S]koro wszystkie decyzje są wolne, to wszystkie - o ile wynikają z wolnej decyzji - stają się tak samo wartościowe, a wszyscy ludzie tak samo godni; nie ma wielkości i małości, bo nie ma standardu zewnętrznego wobec decyzji ludzkich. Człowiek liberalno-demokratyczny będzie więc oskarżał arystokratę o megalomanię, sam będzie zaś przez arystokratę oskarżany o wprowadzanie moralnej tyranii małości" (148)
M. Przychodzeń
Fragment recenzji, która w całości ukaże się w czasopiśmie "Pressje".
Po lekturze „Traktatu o wolności" R. Legutki.
W niniejszym przydługim wpisie chciałbym podzielić się z Czytelnikami "Salonu 24" wrażeniami wyniesionymi z lektury najnowszej książki profesora Ryszarda Legutki "Traktat o wolności" (słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2007). Jak dowiadujemy się ze wstępu, recenzowana książka stanowi odpowiedź na zamęt pojęciowy współczesnego Polaka i próbę jego rozjaśnienia. Jak zauważa profesor:
"nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż pojęcie wolności dostało sie w ręce i umysły dogmatyków, że stało się sztywnym schematem, o którym się nie dyskutuje i które służy jako narzędzie do promowania i utrwalania bardzo konkretnego rozwiązania instytucjonalno-ideologicznego, a mianowicie pewnego dość szczególnego modelu liberalnego" (7) - strony w nawiasach odnoszą się do recenzowanej pozycji.
Jeśli wolność skrojono nam na miarę naszych czasów, a zawężony horyzont historyczny jest charakterystyczną zmorą współczesności (jak dowiedział się ostatnio od swoich studentów jeden z moich znajomych, "komórki istnieją od zawsze"), rzeczony "Traktat o wolności" oferuje nam perspektywę przezwyciężenia tego typu ograniczeń, a więc perspektywę emancypacji. Profesor Legutko od lat deklaruje swoją sympatię do zapomnianych idei, a wiadomo, iż do odróżnienia skarbów humanistyki od zwykłych odpadków „śmietnika historii" potrzeba wytrawnego znawcy. Z książką takiego znawcy wypada nam obecnie obcować.
Nie jestem znawcą filozofii starożytnej, jednak w moim przekonaniu coś, co zasadniczo różni podejście starożytnych i współczesnych do świata trafnie wyraża uwaga prof. Legutki. Według niego człowiek współczesny to ktoś przekonany, że
„wizja całości nie istnieje, a nawet gdyby istniała, to on nie jest zainteresowany jej poznaniem" (113)
Nie trzeba dodawać, iż starożytni byli odmiennego zdania. Z wizji całości płynęła wizja tego, co, wolno, co jest zgodne z ową całością i tego, co harmonię ową narusza. Charakterystyczna dla Greków ambicja poznania całości, „kosmosu", została porzucona przez nowożytnych filozofów, nie bez związku z odrzuceniem filozoficznej spekulacji na rzecz neutralnych metafizycznie teorii naukowych, które stały się obiektem poważania wraz z odkryciem możliwości wytwarzania przy ich pomocy rozmaitych "wynalazków". Rozumowanie naukowe stało się modelem wszelkiego rozumowania.
Epoka specjalistów i specjalizacji niosła ze sobą wielkie nadzieje, głównie w postaci przekonania o możliwości „podboju natury", przekonania o możliwości osiągnięcia przez człowieka statusu „panów świata i życia". Chyba można już dziś stwierdzić, iż nadzieje te pozostają w znacznej mierze niespełnione. Zamiast artysty i „autokreatora" otrzymaliśmy bowiem „ostatniego człowieka". Co więcej, paradoksalnie, stan, którego obawiał się jeszcze Friedrich Nietzsche, tzn. możliwość powszechnego zaniżenia wszelkich standardów, dla współczesnych stał się przedmiotem dumy (por. potoczne odczytanie książki F. Fukuyamy "Koniec historii"). Podobne wątpliwości co Nietzsche wyrażał też obrońca współczesnego projektu cywilizacyjnego, Max Weber, pisząc o "lubieżnikach bez serca i specjalistach bez ducha". Dla Webera alternatywą dominacji lubieżników i specjalistów była jakaś forma odnowy duchowej.
Profesor Legutko nazywa współczesnego człowieka „poczciwcem" i "rzemieślnikiem".
„Dzisiejsza hybris nie jest [...] pychą prometejską. Nie stoi za nią przekonanie o nieskończonej mocy człowieka. Nie przyświeca jej mit istoty ludzkiej pragnącej zdetronizować boga. Jest to raczej hybris poczciwca, który przywiązany do ziemi, ciała i życia, chętnie uniwersalizujący to przywiązanie, korzysta z mechanizmów demokratycznych, by sobie i swojej grupie stworzyć wygodne warunki egzystowania" (113)
Jest to epitet zasłużony, o ile opisuje on kogoś, kto jest produktem wspomnianego szeregu zmian kulturalnych, prowadzących poprzez rozczłonkowanie namysłu nad światem i relegacją najważniejszych dylematów do sfery przekonań i światopoglądu, do zatracenia świadomości granic. Jak pisze Legutko, świadomość granic była do niedawna trwałym elementem kultury europejskiej
„Owej granicy nie wyznaczało państwo ani kontrakt, ani konflikt wzajemnych interesów, lecz wynikała ona z istoty moralności i z natury rzeczy" (72)
W tym sensie dla Legutki liberalizm klasyczny dał się jeszcze pogodzić z wizją starożytnych czy wizją średniowieczną, o ile zachowywał on przekonanie, iż przekraczanie miary „grozi deformacją ludzkiej natury, grzechem lub autodestrukcją". Zdaniem profesora „grzechem pierworodnym" liberalizmu było przecenienie przez liberalizm zdolności człowieka, zbyt optymistyczna antropologia. Jego zdaniem przekonanie liberałów, iż „prawo i logika racjonalnego działania" powstrzyma człowieka odrzucającego „granicę i miarę" okazało się fałszywe, a ostatecznie bezpodstawne, skoro nawet samo pojęcie granic uległo zatarciu.
Na skutek tego historia urzeczywistniania się wolności negatywnej okazała się historią odrzucania miary. Jak bowiem czytamy w „Traktacie..." „[w] starciu między wolnością a jej ograniczeniami jesteśmy skłonni sądzić, że wolność prędzej, czy później wygra". W tym sensie pożądane przez liberałów zmiany społeczne okazały się niebezpiecznie pokrywać ze zmianami wprowadzanymi przez komunizm, o ile ten ostatni niósł ze sobą
„egalitaryzację społeczeństwa, rozpad tradycyjnych struktur, akceptację zasadniczej nieciągłości historycznej, ogólnie sceptyczny stosunek do tradycji, przekonanie o nieuchronności społecznych zmian, widzenie w dziedzictwie historycznego anachronizmu, a nie zapisu doświadczenia, ideologizację myślenia, przekonanie o bezalternatywności przyjętego modelu, odrzucenie metafizyki i klasycznej filozofii" (81).
Jaka koncepcja wolności pasuje do człowieka liberalno-demokratycznego? Otóż jest to koncepcja wolności jako pełnej swobody, robienia tego, co się chce, obojętnie czy pojmuje się ją jako wolność pozytywną czy też negatywną. Koncepcja wolności, która pasowała do wcześniejszej, starożytnej wizji świata, była raczej koncepcją wolności arystokratycznej. Jak pisze Legutko
„arystokrata to ktoś, kto uważa, że ludzkie postępowanie dokonuje się według reguł, z których znaczna część jest dana i nie podlega zmianie aktem woli" (128)
Oświecony człowiek liberalno-demokratyczny, który uważał, że odrzucenie metafizyki stanowi krok do osiągnięcia przez niego pełnej dojrzałości, czyli wyjścia z epoki niedojrzałości w której, jak pisał Kant, utrzymywała go tradycja, religia i przesąd, okazuje się jednak zrozumiały na gruncie owej metafizyki. Da się bowiem pokazać, że iluzja wolności, którą ten stworzył sobie na własne potrzeby, wpędziła go w szereg zniewoleń, czyniąc z niego „liberalnego-demokratę", konformistycznego apologetę określonego porządku społeczno-politycznego. Jak pisze Legutko „liberalny demokrata akceptuje tylko to, co stanowi reprodukcję jego oglądu świata", który zakłada iż „zmiana jest czymś naturalnym, trwanie obraża naturę" (141, por. 144).
Wspomniany światopogląd nie jest bezstronny, stanowi raczej formę auto-racjonalizacji. To nie świat podlega ciągłym zmianom, tylko świat liberalnego-demokraty. Ostatecznie liberał sam siebie napędza - ogląda przez liberalne okulary świat który stworzył, a ów świat wydaje mu się potwierdzać jego wcześniej przyjęte założenia, co z kolei umacnia jego przekonanie, co do słuszności własnego credo. Wydaje mu się, że jego ogląd jest uniwersalny, choć jest on w gruncie rzeczy partykularny. Doprowadza to naszego poczciwego liberalnego-demokratę do bezmyślnego przyzwolenia na relatywizm a w ostateczności na nihilizm (m. in. na skutek utożsamienia wartości z pragnieniami). Okazuje się bowiem, iż logika demokracji i liberalizmu nie posiada w sobie żadnego wewnętrznego mechanizmu zabezpieczającego przed tego rodzaju degrengoladą, co dobrze widać na przykładzie pornografii
„Pornografia już raz wprowadzona w system liberalno-demokratyczny [...] nie da się z niego usunąć. Zwykły zakaz już się sam nie tłumaczy, skoro praktyka dowiodła, iż istnieją grupy znajdujące w pornografii swoje aspiracje i pragnące te aspiracje oficjalnie usankcjonować [...] Wprowadzenie zakazu kojarzyć się będzie z „cofaniem zegara historii" (142)
Poniższa diagnoza jest już częściowo nieaktualna. Dzisiejszy liberał, mądrzejszy o rozważania pragmatystów i postmodernistów, nie ma już roszczeń uniwersalnych. Ze skromnością przyznaje, słowami Stevena Lukes'a, iż „liberalizm jest dla liberałów, kanibalizm dla kanibali". Liberał uważa, że twierdząc tak, postępuje uczciwie, ponieważ jest to uczciwe postawienie sprawy. Nie rozumie jeszcze, że kanibal stoi u bram, a pojęciowy arsenał liberała nie jest w stanie ustalić, dlaczego kanibalizm jest czymś wewnętrznie złym. Musi on uznać, iż jest on po prostu kolejną z opcji, po prostu mało rozpowszechnioną w naszym kręgu kulturowym.
Takie postawienie sprawy sprzyja jednak sprawie kanibala, ostatecznie promując jako naczelny ideał życia postawę, którą Leo Strauss nazywał „fanatycznym obskurantyzmem", obstawaniem przy zasadach bez podania ich uzasadnienia. Skoro liczą się jedynie preferencje, a preferencje pozbawione są wartości prawdziwościowej, zjedzenie człowieka może być uznane za taką samą „preferencję" jak zjedzenie dziczyzny. Oczywiście, zjedzony człowiek może się nie zgadzać na ten akt, jednak jego preferencja, z oczywistych względów, już się zdezaktualizowała.
Profesor Legutko dostrzega podobny problem, choć wyraża się o nim ze spokojem i umiarem, być może dlatego, iż zagrożenie wciąż jest niewielkie. Człowiek demokratyczny, będąc człowiekiem strachliwym i leniwym, nie wyciąga ostatecznych wniosków z własnych przekonań, cnota konsekwencji nie jest zresztą cnotą demokratyczną. Dodatkowo, dzisiejsza kultura nie zdołała jeszcze przetrzebić wszystkich pre-demokratycznych przekonań i wzorców.
„[S]koro wszystkie decyzje są wolne, to wszystkie - o ile wynikają z wolnej decyzji - stają się tak samo wartościowe, a wszyscy ludzie tak samo godni; nie ma wielkości i małości, bo nie ma standardu zewnętrznego wobec decyzji ludzkich. Człowiek liberalno-demokratyczny będzie więc oskarżał arystokratę o megalomanię, sam będzie zaś przez arystokratę oskarżany o wprowadzanie moralnej tyranii małości" (148)
M. Przychodzeń
Fragment recenzji, która w całości ukaże się w czasopiśmie "Pressje".