sobota, 29 marca 2008

Lekarz: zawód i powołanie

Na pierwszy rzut oka problem strajków lekarzy w żaden sposób nie łączy się bezpośrednio z kwestią rozpoznania prawdy o naturze rzeczywistości. Na pierwszy rzut oka.

Filozofowie nie tylko chcieli zmieniać świat, chcieli go także zrozumieć. O ile wysiłek tych pierwszych zdyskredytował wizerunek tych drugich, niemniej jednak wśród wielu głosów konkurujących o słuchaczy na współczesnym targowisku opinii, swoistej nowoczesnej agorze, słyszalny jest także głos filozofów. Czy filozofia może ułatwić nam rozwikłanie tak trudnych zagadnień, jak kwestia dopuszczalności strajku lekarzy? Czy w ogóle warto zajmować się tematem strajku lekarzy z filozoficznego punktu widzenia?

Wśród wielu argumentów, jakimi posługiwano się w debacie nt dopuszczalności strajku lekarzy, większość z nich odnosiła się do czysto moralnej strony zagadnienia, którą można sprowadzić do jednego zasadniczego pytania, czy strajk szkodził czy nie szkodził (pośrednio bądź bezpośrednio) innym ludziom, w tym przypadku, pacjentom.

Nie neguję takiego postawienia sprawy, jest to być może najbardziej zrozumiały język, w jakim można by istotę sporu wyłożyć in publico. Niemniej jednak, postawiłbym sprawę bardziej wyraziście, ponieważ język moralny jest dzisiaj niedoceniany a moralność kojarzy się zasadniczo z subiektywnymi „uczuciami moralnymi" raczej niż z poznawczo akuratnym opisem rzeczywistości. Moim zaś zdaniem strajkujący lekarze, którzy narażają pacjentów na poważne szkody w gruncie rzeczy nie tylko postępują niemoralnie, ale również tracą kontakt z rzeczywistością (a przez moment wydawało się, że lekarze w Radomiu, po interwencji wojewody i grozbie zamknięcia paru oddziałów, stracą także kontakt z posadą).

Wychodząc od klasycznego pojęcia celowości, należy zauważyć, że zarówno świat ożywiony jak i nieożywiony, ludzie a także artefakty społeczne czy instytucje posiadają swoje obiektywne cele. Można bowiem argumentować, że tak jak obiektywnym celem młotka jest ułatwienie nam wykonania różnych czynności fizycznych, analogicznie również instytucje (np. szpitale) posiadają własne, obiektywnie im przysługujące i swoiste dla nich niezmienne cele. Również władze człowieka, czy pełnione przez niego role, podlegają swoistej „logice celowości".

Chęć ewakuacji przez władzę pacjentów ze szpitala w Radomiu świadczyłaby według tej interpretacji o tym, że szpital ów przestał wykonywać przypisane mu funkcje, a zatem przestał być, w sensie ścisłym, szpitalem, stał się zaś niejako kartą przetargową w toczonej przez strajkujących lekarzy walce ekonomicznej.

Również pacjenci przestali być pacjentami, zostali bowiem sprowadzeni do roli zakładników. Lekarze nie byli z kolei lekarzami, ponieważ postawili chęć uzyskania lepszych warunków pracy ponad troskę o pacjentów, ponad to, co czyni z nich lekarzy, lekarzem jest bowiem ten, kto głównym celem swojego działania czyni uzdrowienie pacjenta.

Nic więc dziwnego, że ludzie z dyplomami uczelni medycznych, którzy dopuścili się takiej re-definicji własnej roli a także roli swoich podopiecznych w ramach instytucjonalnych struktur szpitala, spotkali się ze społecznym potępieniem (także ze strony jednego z hierarchów Kościoła katolickiego) oraz zarzutem pogwałcenia przysięgi Hipokratesa.

Odróżnienie własnych subiektywnych potrzeb od obiektywnych celów przypisanych rzeczom, instytucjom czy funkcjom społecznym jest podstawową funkcją rozumu moralnego. To, że rzeczy posiadają obiektywne cele można dowieść wskazując, że ulegają one zniszczeniu, kiedy zostają źle użyte. Cele zaś nie są wynikiem konwencji społecznej czy poczucia moralności, są bowiem wpisane w naturę rzeczy, w przypadku omawianej sprawy, w naturę sztuki medycznej. Konwencje, czy poczucie moralności odzwierciedlają tylko istoty owych rzeczy, instytucji czy funkcji (lecz mogą je również deformować, np. kiedy środowisko lekarskie jest zdemoralizowane i notorycznie zapomina o swoich podstawowych powinnościach).

Radomscy lekarze chcieli zniszczyć nie tylko szpital w którym pracowali, lecz także siebie jako lekarzy, a czynili to w imię realizmu ekonomicznego. Trudno nie zauważyć, że ów realizm zamknął im oczy na rzeczywistość natury własnego powołania. Nie twierdzę, że bytowo-socjalne potrzeby lekarzy są nieważne, twierdzę jedynie, że należy je rozpatrywać w kontekście hierarchii wartości, w kontekście powołania lekarza jako lekarza.

Nie muszę dodawać, że ten głos w sprawie powołania lekarzy nie rozstrzyga pytania o możliwie najbardziej efektywny sposób zarządzania dobrem wspólnym jakim są szpitale i inne instytucje publicznej służby zdrowia. Nie rozstrzyga nawet kwestii, czy w ogóle potrzebne są nam instytucje publicznej służby zdrowia.

(Podczas pisania tego postu korzystałem ze świetnego artykułu Roberta Sokolowskiego, „What is Natural Law?", The Thomist, 68,4, October 2004.



Marek Przychodzeń

czwartek, 20 marca 2008

Ernest Nolte i nowa niemiecka tożsamość

Czy niemieckie spektrum polityczne przesunęło się na prawo? Po raz pierwszy z tego rodzaju diagnozą spotkałem się w książce Richarda Wolina "The Seduction of Unreason" (Uwiedzeni przez antyrozum). Zdaniem Wolina wraz z wypraniem powojennej niemieckiej polityki z wszelkich wielkich ideałów (czego symbolem jest "Keine Experimente" Konrada Adenaura, czy też mobilizacja wokół hasła "D-Mark-Nationalismus") a także post-zjednoczeniowym upadkiem "antyfaszystowskiej" lewicy, niemiecka prawica uzyskała niemal całkowitą swobodę ruchu.

Zdaniem Wolina znaczną rolę w owym przesunięciu odegrał dziennik Frankfurter Allgemeine Zaitung, politycy tacy jak Edmund Stoiber czy "historyczni rewizjoniści", w rodzaju Ernesta Nolte, bazujący na popularnych resentymentach skierowanych przeciwko amerykanizacji niemieckiej kultury oraz niewystarczającemu naciskowi kładzionemu w debacie publicznej na tożsamość narodową.

Niemiecki uchodźca i filozof Leo Strauss snuł w 1943 rozważania, z których wynikało, że najlepszym rozwiązaniem niemieckich problemów będzie zainstalowanie w Niemczech liberalnej demokracji (co miało przesunąć zainteresowanie Niemców z polityki na gospodarkę) oraz podjęcie próby reedukacji Niemiec (głównie przez niemieckich katolików i protestantów). Niemieckie sukcesy ekonomiczne a także (być może niekiedy nawet przesadne) kajanie się Niemców za nazizm oraz Holokaust wydawały się potwierdzać trafność diagnozy Straussa.

W świetle powyższych rozważań diagnoza Wolina jawić się może zatem jako całkowicie nierealistyczna i nadmiernie pesymistyczna. Niestety, niedawno opublikowany w "Europie" wywiad z niemieckim historykiem Ernestem Nolte rzuca cień na to przekonanie. Jak stwierdza bowiem Nolte:

"Skrucha i pokuta nie są zjawiskami zbiorowymi. To sprawa wyłącznie indywidualna. To samo tyczy się możliwości istnienia tak zwanej "zbiorowej niemieckiej winy" [...] Mogę uważać drogę, którą obrało moje państwo - lub jakiekolwiek inne - za błędną. Każdy Amerykanin może powiedzieć, że wyniszczenie Indian, którzy byli pierwotnymi mieszkańcami tego kontynentu, było godne potępienia, ale to nie oznacza, że ma z tego powodu odczuwać skruchę. Każdy Niemiec może i powinien przyznać, że bezprecedensowa próba wymordowania całego narodu przez nazistów była niewyobrażalnym barbarzyństwem. Jednak kiedy słyszę quasi-religijne stwierdzenia, że Niemcy powinni pokutować, ponieważ naziści chcieli w istocie zabić Boga, jest to dla mnie nie do zaakcepowania" E. Nolte “O pokrewieństwie nazizmu i komunizmu”, “Europa. Tygodnik idei”, nr. 10(205), 8 marca 2008

Jak na tę wypowiedź zareagowali blogerzy z Salonu24? Zanotowałem tylko jedną wypowiedź. Cytuję in extenso (akapity ode mnie)

"Oczywiście polskie traumy historyczne nakazują z ogromną podejrzliwością traktować takie wypowiedzi, jeśli płyną z ust Niemca. Dla mnie jednak tego rodzaju podejrzliwość zalatuje germanofobią, przejawiającą się w straszeniu widmem recydywy jeśli nie nazizmu, to przynajmniej pruskiego nacjonalizmu (w tym miejscu abstrahuję od innych zagrożeń, które skłonny byłbym uznać za realne). Że tego typu lęki są bezpodstawne krótko i zwięźle swego czasu wyjaśnił Zdzisław Krasnodębski, autor którego krytyczny stosunek do polityki zagranicznej naszych zachodnich sąsiadów nie może budzić wątpliwości. Otóż, zdaniem Krasnodębskiego, człowiek liberalnej demokracji, interesuje się przede wszystkim swoim zdrowiem i bezpieczeństwem. To się sprawdziło - dzisiejsza młodzież niemiecka martwi się głównie, kto w przyszłości zapłaci za ich protezy zębne i - wbrew polskim obawom - nawet Eryka Steinbach nie potrafiłaby poderwać ich do akcji („Poprzedni i obecny koniec dziejów", „Europa" 19.01.2005). Wracając do Noltego, z uznaniem należy przyjąć jego odwagę w przełamywaniu tabu [...] Gdyby przyszedł dziś do mnie jakiś młody Niemiec, aby wyrazić skruchę z powodu tych swoich rodaków, którzy zamordowali w lipcu 1944 roku mojego dziadka, to byłaby to dla mnie jakaś bardzo krępująca obu nas szopka. I tę prostą prawdę Ernst Nolte nam po raz kolejny uświadamia".

Pozostaje pytanie, czy moralne i duchowe wyjałowienie niemieckiej młodzieży, które konstatuje Krasnodębski oraz równoległe podważanie przez Noltego niemieckiej odpowiedzialności za nazizm (jego zdaniem, to była sprawka jakiegoś bliżej nieokreślonego "państwa nazistów") z pozycji liberalnego indywidualizmu układa się w harmonijną całość? Innymi słowy, czy słowa Noltego stanowią zbawienne "uświadomienie" nas co do faktycznego poziomu zblazowania niemieckiej duszy, czy raczej stanowią symptom postępującej choroby?

Moim zdaniem, jeśli mamy na poważnie traktować możliwość porozumienia się wspomnianego wyżej młodego Niemca z młodym Polakiem, nie wydaje się, by do jego zawarcia trzeba było majstrować przy standardowym odczytaniu roli Niemców jako narodu odpowiedzialnego za nazizm (będzie raczej odwrotnie). Dodatkowo, trudno uwierzyć, że Noltemu chodzi jedynie o wypracowanie normalnych relacji młodych Niemców ze światem. Wydaje się, że chodzi tu o coś więcej, słowa Noltego stanowią próbę nowego odczytania, czy też "nowego napisania" historii. W jakim celu? Być może mamy tu do czynienia z próbą wytworzenia ideologicznej podbudowy dla nowej tożsamości zbiorowej, nowej kolektywnej samo-intepretacji. Warto bowiem porównać cytowaną tu wypowiedź Noltego z diagnozą Leo Straussa z 1943 r.

"Jeśli jednak wysuwa się zastrzeżenie, że naziści to nie całe Niemcy, odpowiadam na to, że naród w politycznym sensie tego słowa to politycznie istotna, politycznie efektywna część narodu. Kiedy więc w wolnych wyborach około 45 proc. Niemców głosowało na Hitlera, a pozostałe 55 proc. pozostawało w stanie całkowitej konfuzji i bezradności, to te 45 proc. stanowiło naród niemiecki - z jakiegokolwiek politycznego punktu widzenia. Dopóki zatem Niemcy nie oczyszczą się dając nam satysfakcję za poniżenie, którego od nich doznaliśmy, żaden szanujący się Żyd nie może i nie powinien interesować się Niemcami" L. Strauss “Przypadek Niemiec. Reedukacja państw osi w kwestii żydowskiej”, Przegląd Polityczny, 87/2008

Być może warto zatem rozważyć skuteczność aplikowanego Niemcom panaceum "na nazim" w odniesieniu do wspomnianych wcześniej aspektów, polityczno-ekonomicznego i moralnego.
Po pierwsze, kwestie moralne. Należy wciąż ponawiać namysł nad kwestią, czy za niemiecką skruchą stały silne motywy moralne (w przeciwieństwie do politycznych). Nie doczekaliśmy się przecież do tej pory w Niemczech jakiegoś zmasowanego ruchu odnowy duchowej (nawet pomimo wyboru kard. Ratzingera na papieża). Co gorsza, można twierdzić, że proponowane przez Straussa rozwiązanie polityczne (liberalna demokracja) generuje skutki w dużej mierze przeciwne do zamierzonych. Permisywny liberalizm któremu towarzyszy redukcja historycznej świadomości sprzyja głównie ludziom pokroju Noltego niż Straussa.

Po drugie, ekonomia. Dochodzące do nas głosy o zapaści ekonomicznej w Niemczech a także perturbacjach społecznych z tym związanych (vide analizy poświęcone zjawisku zamknięcia fabryki Nokii w Bochun i przeniesienia produkcji do Rumunii) wskazują, że ekonomia ma obecnie raczej destabilizujący niż normalizujący wpływ na sytuację w tym kraju (nie wspomnę już o kwestii emigrantów czy dość "realistycznej" w sensie politycznym strategii Niemiec w odniesieniu do surowców energetycznych).
Pytanie, w jakim kierunku pójdą próby odtworzenia niemieckiej tożsamości kolektywnej jest zatem wciąż pytaniem otwartym.

Marek Przychodzeń