niedziela, 15 listopada 2009

Zburzmy Pałac Kultury!

Jak słyszałem, minister Radosław Sikorski proponuje, by w związku z nadchodzącą koniecznością wyremontowania PKiN, zamiast remontu zlikwidować ten tandetny spadek po PRL-u.

 Rzucam więc hasło, zburzmy Pałac Kultury! Wyobraźcie sobie, jakie to zrobi wrażenie na Urbanach, Kwaśniewskich czy innych bywalcach. Chcę być dobrze zrozumiany, idzie mi tu o stworzenie symbolicznej cezury przejścia od III RP kompromisu z postkomunistami, symbolizowanej przez PKiN i "grubą kreskę", do epoki IV RP, epoki państwa prawa i sprawiedliwości.

 Pomyślcie, jakie będą "spoty" w telewizji! Walący się na łeb, na szyję szary kolos egalitarnych marzeń. Niech to będzie ostrzeżenie dla jednoczącej się Europy, że w Polsce nie ma i nie będzie przyzwolenia czy tolerancji dla lewicowych aberracji i postkomunistycznego rozmydlania przeszłości.

 Być może nawet obecni Politycy zrozumieją, jak Polacy rozliczają się z tymi, którzy drogą kłamstw i manipulacji rządzą krajem. Dość już dwuznacznych gestów. Pokażmy, co myślimy!

Marek Przychodzeń

wtorek, 10 listopada 2009

Gdyby nie było „Wyborczej”

Niniejszy tekst nie jest tekstem naukowym. Jest to przede wszystkim próba naszkicowania obrazu takiej Polski, jaka istniałaby w jednym z „możliwych światów”, pozbawionych tuby Adama Michnika. Nie zamierzam bynajmniej dołączać się do grupy publicystów wykazujących chorobliwą nienawiść do tej pierwszej oficjalnie niezależnej gazety po 1989 r. Mam raczej ambicję pokusić się o założenie „miasta w słowach”. Uważam bowiem, że największą szkodą, jaką „Gazeta Wyborcza” wyrządziła Polsce i Polakom, było zawężenie horyzontów myślenia, doprowadzenie umysłów do stanu, w którym obecny kierunek rozwoju Polski i ideologia, która ów proces utrwala, jawią się nam jako jedyne możliwe i dziejowo konieczne. Ten stan rzeczy dobrze opisał Ryszar Legutko:

Polacy mają zamknąć gęby i podporządkować się, wybierając przyszłość. Aby Polacy weszli do grona narodów cywilizowanych, przydałoby im się – jak powiedział na początku lat 90. jeden z ważnych polityków – pałowanie świadomości. Takie myślenie zrodziło się w grupie, którą nazywam akuszerami i strażnikami nowego porządku. I po 1945 roku, i po 1989 zmiany następowały według doktryn, za którymi szła praktyka. Wytworzyła się warstwa polityków i rozmaitych mędrców, którzy uznali się za upoważnionych do monitorowania i nadzorowania poprawności zmian .
Legutko wie, co mówi, do dziś pamiętam bowiem reakcje studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni filozofa, na tekst jednego z owych „strażników nowego porządku”, który zadał sobie trud podważenia pozycji profesora w życiu publicznym właśnie na łamach wspomnianej gazety .

Trudno powiedzieć, jak dokładnie wyglądałby świat bez „Wyborczej”. Z całą pewnością lepiej. Przyznam się, że w mojej wizji Polski może nie idealnej, ale w każdym razie lepszej niż ta obecna, nie ma miejsca na „Gazetę Wyborczą”. Mój sen o Polsce kontrastuje z tym, co widzę codziennie na ulicy, a jest to rzeczywistość wykreowana m.in. przez wieloletnią propagandę Adama Michnika, Piotra Pacewicza, Jacka Żakowskiego i wielu innych.

Od razu zaznaczę, że podobnie krytyczny pogląd mam również w stosunku do innych wizji ideologicznych, służących wszelakiej maści partiom politycznym do uzyskiwania większej popularności. (Przypomnę słynny absurdalny slogan PiS-u, dzielący Polskę na liberalną i solidarną – mogli powiedzieć wprost, biedną i bogatą, tym samym ulokowaliby się w klasycznym nurcie filozofii polityki, a nie PRL-owskiej nowomowy).
Istotę tzw. michnikowszczyzny zgrabnie wyartykułował Rafał Ziemkiewicz:

Michnik postanowił… argumentami moralnymi bronić rzeczy głęboko niemoralnych. Broniąc, z politycznej kalkulacji, kłamstwa, niesprawiedliwości, zła – starał się udowodnić, że są one właśnie prawdą, sprawiedliwością i dobrem. To właśnie stanowi o fenomenie […]. Nie było sytuacji, aby tak liczna grupa, jaką jest pokaźny odłam polskiej inteligencji ostatnich dziesięciu lat, tak ochoczo brnął w kłamstwa pod hasłem dążenia do prawdy i godził się na powszechną krzywdę ofiar i nagradzanie oprawców pod hasłem sprawiedliwości!

Nie zamierzam tu dokładnie analizować zjawiska opisanego przez Ziemkiewicza, dość rzec, że karkołomna próba dowiedzenia z pozycji moralnych postaw niemoralnych doprowadziła publicystów związanych z „GW” do intelektualnego wynaturzenia. Przykłady można mnożyć.

Standardowym chwytem jest oddzielanie sfery politycznej od moralnej. Sfera publiczna ma swoje własne „reguły gry”, które należy uszanować, jakkolwiek by były one oddalone od zwyczajnej moralności. „Wyborcza” dokłada do tego swoje „trzy grosze” – nie można stosować do sfery politycznej tych samych standardów oceny co do sfery prywatnej, ponieważ groziłoby to krwawą rewolucją i upadkiem demokracji. W głoszeniu takich poglądów przoduje Adam Michnik, występując (o ironio) w roli autorytetu moralnego. Jego zdaniem nie można powiedzieć lub zrobić niczego, co groziłoby zachwianiem kompromisu politycznego, jakikolwiek by on był.

Kompromis to tyle, co zgoda na pewne reguły gry. Czy da się powiedzieć, by były one respektowane w epoce II Rzeczypospolitej? Niestety, było inaczej. Filozofia „reguł gry” wyparta została przez bezwzględny konflikt. Młoda polska demokracja nie wytrzymała braku tradycji i kultury politycznej [...]. U progu procesu demokratycznego, który dokonuje się w Polsce, stał kompromis Okrągłego Stołu. Lech Wałęsa, zasiadając do rozmów z gen. Kiszczakiem, rozpoczął wielkie narodowe przeobrażenie.

Czy tym razem nasza młoda demokracja oprze się zagrożeniu? W celu obrony wygodnego politycznego status quo przywołuje się zasadę praworządności, jakby niesprawiedliwe prawo miało moc obowiązywania. Ta groteskowa teza, przekreślająca wartość czynów ludzi takich jak pułkownik Kukliński i usprawiedliwiająca zalegalizowaną zbrodnię w rodzaju procesu generała Augusta Fieldorfa „Nila”, jest przez środowisko Gazety stosowana jednak tylko wobec „obcych”. Wobec swoich stosuje się inne kryteria (np. broni się nielegalnych działań generała Wojciecha Jaruzelskiego czy innego „architekta stanu wojennego” genera Kiszczaka).

Powiedzieć, że nazywanie zbrodni komunistycznej zbrodnią jest występkiem przeciwko „kulturze politycznej”, to tak jakby mówić, iż wspominanie o morderstwie księdza Popiełuszki przypomina pierdnięcie przy stole, przeszkadza bowiem normalnemu współżyciu społecznemu. Michnik idzie tu w ślady Hobbesa, prekursora liberalizmu, dla którego pokój jest tożsamy ze sprawiedliwością, obojętnie za jaką cenę byśmy go nie osiągnęli.

Pragnienie pokoju za wszelką cenę wytworzyło sprzyjającą atmosferę dla różnego rodzaju podejrzanych biznesmenów, często powiązanych z SB. Sytuacja ta do dziś powoduje brak społecznego zaufania do nowego ustroju. Strategia Michnika nie może dziwić, na kim bowiem oprzeć politykę, jeśli jest się otoczonym różnej maści endekami i fanatykami religijnymi (a taka jest obsesja redaktora)? Oczywiście na ludziach zdolnych do trzeźwej kalkulacji, którzy chętnie udzieliliby poparcia w zamian za roztaczany nad nimi parasol ochronny i gwarancję utrzymania przywilejów. Tak pisał o tym jeden z wpływowych publicystów Gazety.

Ideałem byłaby zmiana ustroju w sposób planowy i polubowny, a przy tym szybko. Na taką skalę nikt takich zmian jeszcze nie przeprowadzał. Nawet ewolucyjna droga oznaczała długi historyczny okres napięć i wstrząsów. Tak pewnie będzie i u nas, ale chyba możemy podjąć działania zmierzające do tego, by proces ten z jednej strony przyspieszać, a z drugiej w miarę możności... łagodzić. Trzeba tylko skupić się na tym, co w tym procesie stanowi główną sprzeczność wewnętrzną. Jest nią konflikt interesów grup i klas […]. Trzeba zaproponować rozwiązanie możliwe do przyjęcia dla wszystkich. Czyli kompromis, na którym by wszyscy coś tracili, lecz nie ryzykowali, że stracą wszystko .

Z perspektywy Skalskiego wszyscy ci, którzy nawołują do rozliczenia komunistów, prezentują jedynie odmienny interes w stosunku do tych, którzy takiego rozliczenia pragną zaniechać. Taka wizja życia społecznego była środowisku związanemu z „Gazetą Wyborczą” na rękę, ponieważ nic nie mówi się tu o zbrodni, którą należy odkupić, o winie i karze, sprawiedliwości i miłosierdziu, a jedynie o interesach, co do których trzeba się „dogadać” w ramach nowych „reguł gry”.

Jest to jednak łagodna wersja propagandy III RP. Wersja bardziej agresywna zakłada bezpośrednie delegitymizowanie patriotycznych roszczeń moralnych, co czyni się właśnie… z pozycji moralnych. Jak zauważył Ziemkiewicz, dla autorów „Gazety Wyborczej” sprawiedliwość okazuje się zatem zemstą, domaganie się jej – nienawiścią. Nie wolno zapominać, że retoryka skierowana przeciwko wyrazistej ocenie moralnej ma tylko jedno ostrze, to, skierowaneprzeciwko wrogom redaktora „Wyborczej”.

Nonszalancja intelektualna i naginanie etyki dla własnych celów nie jest zresztą zjawiskiem wyjątkowym na zachodnim firmamencie intelektualnym (może dlatego akolici Michnika tak łatwo mogli szermować hasłem europejskości i nowoczesności). W większości współczesnych prominentnych teorii liberalnych, od Johna Rawlsa poczynając, moralność nie jest traktowana poważnie (Rawls, opisując tzw. konflikt wartości, jako przykład podał planowanie podróży turystycznej, sic!).

Przez lata wmawiano nam, że każdy, kto myśli inaczej niż warszawski salon, jest nacjonalistą, zoologicznym antykomunistą i ciemniakiem. Kto tu jednak jest dogmatykiem i oszołomem? Pozwoliliśmy sobie na to, by uznano dziś, że bardziej na miejscu są genitalia na krzyżu niż prawda moralna w życiu publicznym, i uczyniliśmy to w imię postępu, kultury politycznej i tolerancji (w cytowanym tekście Michnika pojawia się oczywiście to magiczne słowo). Uwierzyliśmy, że aby być nowocześni, musimy porzucić tradycję, religię i rodzinę, a w zamian otworzyć się na „innego”.

Długofalowy sukces liberalnych demokratów à la Roman Polański zależy od przekonania najlepszej części polskiej młodzieży do tego typu ideologii. Przez długi okres udawało się ją pozyskać. W tym jednak czasie na Zachodzie działy się i dzieją rzeczy niebanalne, niepasujące do schematów pojęciowych prostackich ideologów liberalizmu. Harvey Mansfield, profesor Uniwersytetu Harvarda, pisał w 2001 r.:

[…] relatywizm, tak modny dzisiaj, jest rodzajem leniwego dogmatyzmu. Ci relatywiści odmawiają wzięcia udziału w debacie politycznej, ponieważ są pewni, nawet przed usłyszeniem dyskusji, że nie może ona zostać rozwiązana; uważają oni podobnie jak naukowcy społeczni, że inaczej zanegowaliby to, że nic nie może być sprawiedliwe, dobre lub szlachetne, o ile wszyscy się na to nie zgodzą […]. Nauki społeczne lubią fakty, ponieważ wydaje się, że w przeciwieństwie do wartości można się co do nich zgodzić, filozofia polityczna dostarcza wartości lub norm, ponieważ szuka tego, co najlepsze.

Najgorsza jest zaś ta postać myśli normatywnej, która neguje właśnie to, że stanowi źródło wartości lub norm. Z czymś takim mamy do czynienia w przypadku tzw. liberalnej neutralności.

Ten demagogiczny chwyt zastosowali jako pierwsi chyba teoretycy umowy społecznej, którzy uprzednio założoną wizję polityczną prezentowali jako neutralną teorię naukową. W wolnej Polsce to właśnie liberalizm, czyli określony światopogląd moralny, ponownie przedstawia się jako „nieobejmujący przekonań moralnych czy religijnych”, mówiąc słowami Gadomskiego.

Podobnie jak teoretycy umowy społecznej, którzy musieli się nieźle nagimnastykować, by uzasadnić swoją konstrukcję teoretyczną, tak i hunwejbini Gazety robią, co mogą, by pozostać w zgodzie z aktualnymi poglądami Szefa (który w razie czego „opier….”), jednocześnie wyglądając na oświeconych i niezaangażowanych.

Osłabianie przez „Wyborczą” idei etyki absolutnej podcina jednak gałąź, na której siedzi sam redaktor. Jak bowiem bronić nowej wizji Polski, skoro nie posiada się mocnej koncepcji etycznej, a jedynie blade pojęcia w rodzaju „społeczeństwa otwartego”? Jak się okazuje, wystarczył do tego talent do urabiania umysłów. Znów powołam się w tym miejscu na Ziemkiewicza:

[T]eksty Michnika są dojmująco płytkie. Ich głównym tematem jest nieustanne rozdzielanie pochwał i nagan. To szlachetne, a to podłe. To przeraża, a to jest budujące. Tu groza, tu nadzieja. To czarne, tamto białe. Cała para idzie w przymiotniki. W jak najostrzejsze, jak najbardziej kategoryczne sformułowanie aktów kanonizacji i potępienia. I nie powstaje z tego żaden spójny etyczny system; jest to moralistyka doraźna, gazetowa, w której przeszeregowanie do strony dobra i zła zależy od bieżących wymogów .

Warto pokusić się o naszkicowanie odpowiedzi na pytanie, jak wyglądałby nasz kraj, gdyby rozsiewane w „GW” treści nie spenetrowały tak głęboko polskiej ziemi, gdyby autorytetom, takim jak Aleksander Smolar czy Jacek Żakowski, nie udostępniano chętnie łamów, gdyby nie promowano takich serii książkowych jak Smolarowa Demokracja. Filozofia i praktyka, źródło politycznie poprawnej anglosaskiej myśli liberalnej. Aby jeden taki Michnik był na górze, potrzeba jednak wielu Żakowskich na dole.

Być może gdyby historia potoczyłaby się inaczej gazeta „Solidarności” propagowałaby treści bardziej tradycyjne, patriotyczne. Być może dzięki temu ulice polskich miast nie byłyby pełne wulgarnie ubranych kobiet, których dół bardziej się rzuca w oczy niż góra, a które rodzinę traktują jako instrument spełniania własnych zachcianek, czemu dzielnie sekundują „Wysokie Obcasy”.

Być może aura „grubej kreski” i rozmywanie granicy pomiędzy postępowaniem honorowym a niecnotą nie chroniłaby ideologicznym parasolem takich „biznesmenów”, jak Mariusz Walter, Ryszard Krauze, Jan Kulczyk, Lew Rywin czy Aleksander Gudzowaty, a wokół wielu polityków nie pojawiałyby się takie ciekawe postaci jak płk. Tobiasz, Wachowski czy inni. Być może postać humanisty nie kojarzyłaby się z osobnikiem, którego słownik ogranicza się do trzech słów i ich kombinacji: tolerancja, wykluczenie i „społeczeństwo otwarte”.

Nie obarczam odpowiedzialną za te zjawiska konkretnych ludzi, najczęściej jest bowiem tak, że środowiska tego typu, z wyjątkiem samej wierchuszki, stanowią luźny, amorficzny związek tzw. fellow travelers. W przypadku środowiska „Wyborczej” ludzie ci albo ze złej woli, albo z głupoty, a najczęściej z mało uświadamianej chęci teoretycznego uzasadnienia własnego sposobu życia, wspierają projekt Michnika produktami umysłu,które w najostrzejszym stadium choroby przypominają PRL-owską propagandę.

Nie sądzę oczywiście, że całemu złu winna jest „Gazeta Wyborcza”. Starożytni filozofowie już dawno zauważyli, że istotą polityki jest próba przeforsowania na forum publicznym ukochanego przez siebie sposobu życia. A że zawsze będą ludzie chciwi władzy, lubieżnicy czy tchórze, przeto w polityce i filozofii ciągle będziemy mieli do czynienia z próbą wcielenia w życie i uzasadnienia ustrojów odpowiadających takim ludziom.

Współcześnie sytuację pogarsza jeszcze ideologia nowoczesnego państwa suwerennego (uwaga: nie to samo, co niepodległego), zapoczątkowana przez Bodina i rozwijana przez kolejnych myślicieli, oraz partyjny system reprezentowania „ludu”. Ideologia ta jednak nie jest bezpośrednio zwalczana przez środowiska liberalne, ponieważ ogromne, scentralizowane państwo świetnie nadaje się do inżynierii społecznej na skalę masową.

Wszystko to powoduje ogromny rozrost oddalonego od ludzi aparatu biurokratycznego nazywanego „państwem” (w myśli klasycznej pojęcie to posiadało inny desygnat). Obecnie proces ten jest na tyle zaawansowany, że parafrazując MacIntyre’a, umrzeć dziś za Polskę to prawie tak, jak umrzeć za korporację telekomunikacyjną.

Czy wpływ „GW” na Polaków jest odwracalny? Jest to zagadnienie empiryczne. Biorąc pod uwagę malejący nakład tej gazety, rozpaczliwe próby ratowania przedsięwzięcia za pomocą darmowych płyt CD i innego typu gadżetów oraz rosnącą popularność nurtów alternatywnych, już dziś można stwierdzić, że jej przyszłość nie wygląda różowo.

Skoro marzyć, to do końca. Miałem taki sen. Wysyłam niniejszy tekst do redakcji „Gazety”. Następnego dnia ze zdumieniem odkrywam, że redakcja podjęła decyzję o jej zamknięciu, odwołuje wszystko, co napisano w niej na temat lustracji, aborcji i in vitro. Zaleca także, podobnie jak redakcja Wielkiej Encyklopedii Radzieckiej zalecała w 1953 r. wycięcie strony z hasłem i portretem Berii i wstawienie na to miejsce poszerzonego hasła „Morze Beringa”, podmianę wszelkich odwołań do „Gazety Wyborczej” odwołaniami, dajmy na to, do „Gościa Niedzielnego”.


Marek Przychodzeń

Marek Przychodzeń (ur. 1978): doktorant w Instytucie Filozofii UJ. Współpracuje ze specjalnością "Doktryny Polityczne" na Wydziale Historii i Dziedzictwa Kulturowego Uniwersytu Papieskiego Jana Pawła II. Absolwent socjologii i filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Tłumacz i publicysta. W latach 2004-2008 współpracował z "Przeglądem Politycznym". Współredaktor antologii tekstów "Aktualność wolności" (Aletheia, Warszawa 2005). Dwukroty stypendysta SYLFF.